7.05.2011

Pasztetowa

Niedaleko od mojego domu znajduje się maleńki sklep warzywny. Jest to typowy „biznes” rodzinny, w którym pracuje małżeństwo będące jednocześnie właścicielami tego kapitalistycznego przybytku. Po mimo faktu, że sklepik jest maleńki cieszy się on dużą popularnością wśród okolicznych gospodyń domowych, za sprawą męża, najczęściej pełniącego w owym sklepie rolę sprzedawcy. Dzięki wrodzonemu talentowi wzniosłej konwersacji o warzywach i owocach przyciąga on do sklepu klientki z całej okolicy. Każdy owoc i warzywo ma u tego sprzedawcy swoją historię, bogatą rodzinę najróżniejszych odmian i gatunków oraz bujnie opisany smak. Pan właściciel sklepu warzywnego pozwala każdej z pań spróbować zachwalany przez siebie owoc i bijąc się w piersi zapewnia, że sam próbował nim kupił skrzynkę u swojego dostawcy. Patrząc na popularnego osiedlowego sprzedawcę od razu widać, że ten facet kocha swoją pracę i całkowicie się w niej realizuje. Każdego dnia jest uśmiechnięty i ciepło wita wszystkie swoje stałe klientki proponując im do spróbowania nowe egzotyczne dziwo. Sam często robię zakupy w tym sklepiku i z przyjemnością słucham owocowo-warzywnych wywodów sławnego sprzedawcy.
Kilka dni temu wchodząc do sklepiku zauważyłem, że mój warzywny maestro siedział za ladą jakiś taki skwaśniały i smutny. Bardzo mnie to zaciekawiło, bo nigdy przedtem taka sytuacja się nie zdarzyła. Delikatnie zapytałem mojego ulubionego ekspedienta, co się stało, że on taki markotny. Na moje pytanie mistrz owocowych tyrad spojrzał na mnie błyszczącymi od tęsknoty oczami i powiedział: „Panie - ja tych warzy i owoców to mam już dosyć.  Najchętniej to bym zjadł jakąś pasztetową albo golonkę.” Zrobiło mi się chłopa szkoda, więc go pocieszałem z całych sił, że przecież warzywa i owoce są o wiele lepsze od pasztetowej, a tym bardziej od golonki, że nie mają cholesterolu, że zawierają same witaminy, mikroelementy i w ogóle to samo zdrowie. Sprzedawca nie wydawał się jednak przekonany moją zaangażowaną wypowiedzią i w momencie, kiedy opuszczałem sklep był tak samo smutny jak wtedy, kiedy do niego wchodziłem.
Całe to wydarzenie po mimo pozornie smutnego zakończenia natchnęło mnie optymizmem. Przecież ten sprzedawca to jeden z 38 milionów polskich obywateli i jeżeli jemu znudziły się ukochane warzywa oraz owoce to może się coś innego znudzić całej reszcie naszych rodaków. Widok znudzonego warzywami właściciela sklepu warzywnego dał mi nadzieję, że może się coś wreszcie w Polsce zmieni dzięki temu, że się ludziom po prostu obecny stan rzeczy znudzi.
Następnego dnia w bardzo dobrym nastroju spowodowanym wyciągniętymi przeze mnie wcześniej wnioskami, znowu przechodziłem koło mojego sklepu warzywnego. Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu zobaczyłem w nim mojego króla warzyw, który jak dawniej szalał z uśmiechniętą twarzą wśród skrzynek kapusty i truskawek zabawiając jednocześnie dowcipną rozmową o ogórkach czekające w krótkiej kolejce stałe klientki. Moja krótkotrwała nadzieja na zmiany w Polsce w jednej chwili runęła w gruzy. W swoich rozmyślaniach nie wziąłem pod uwagę jednego małego, ale bardzo ważnego faktu, że Polska nie jest normalnym krajem. W normalnym kraju zmiany w tym również te spowodowane nudą idą do przodu, aby otrzymać nową jakość, tam się po prostu „myśli do przodu”, natomiast w Polsce wszyscy chcą za wszelką cenę reperować to co już mają i uprawiają „myślenie boczne” mające na celu zlikwidowanie „wypaczeń” istniejącego stanu rzeczy, a nie jego jakościową zmianę.
Wyglądało na to, że wisielczy humor będę miał przez kilka ładnych dni kontestując klęskę mojego rozumowania, aż tu nagle zaświtała mi w głowie prosta, ale genialna myśl - przecież idąc „bokiem” też możemy iść „do przodu”, wszystko zależy od tego, w jaki sposób będziemy ustawieni w stosunku do naszego upragnionego celu. Chcąc nabrać pewności czy moja nowa teza ma sens skręciłem do sklepiku warzywnego. Dzisiaj mieli mieć dostawę świeżych czereśni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz