5.05.2011

Moja przygoda z orkami

Byłem otoczony ze wszystkich stron. Orkowie podchodzili do mnie półksiężycem powoli zaciskając to żywe półkole. Stali już tak blisko, że czułem ich zepsute oddechy. Jeden miecz przeciw kilkunastu - nie wyglądało to dobrze. Za plecami miałem tylko kamień blokujący wyjście z tej przeklętej jaskini, a przed sobą zgraję żądnych mojej krwi i mięsa orków. Czekał nas śmiertelny bój i to ja miałem przegrać. Zginąć w walce to szlachetna śmierć, ale jakoś jeszcze mi się nie paliło do bycia niesionym na tarczy. W duchu zacząłem się modlić do wszystkich bogów, których tylko mogłem sobie przypomnieć, aż nagle przez ponure porykiwania orków przebił się delikatny wysoki dźwięk. Przez krótką chwilę myślałem, że to szczęknięcie miecza o pochwę, ale dźwięk, a raczej melodia narastała i narastała. Melodia stała się tak natarczywa, że nawet przygłusi i tępi orkowie zwrócili na nią uwagę. Ta magiczna muzyka sprawiła, że mój umysł stał się czysty i idealnie skupiony. W jednej chwili wszystko stało się proste i oczywiste. Z najgłębszych otchłani pamięci zacząłem wydobywać stare rodowe zaklęcie używane tylko w sytuacjach na prawdę bez wyjścia. Melodia grała już tak głośno, że ze sklepienia jaskini zaczęły się sypać odłamki skalne. Zdezorientowani orkowie nie mogli się zdecydować, czy ostatecznie zaatakować i mnie zabić, czy może od razu uciekać. Ta krótka chwili ich wahania była moją jedyną szansą. Jak kapłan świętego gaju, wyrzuciłem do góry ręce i z całych sił wykrzyknąłem magiczną formułę „nookiiia”.
Krzycząc tak odruchowo zerwałem się na prawie równe nogi. Trochę się przy tym zaplątałem we własnym śpiworze i straciłem, dopiero co łapaną równowagę, walnąłem z całej siły głową w aluminiowy słupek namiotu, rozległ się trzask rwanego materiału, a ja runąłem jak długi na świeżo opuszczoną karimatę.  Z sekundowym opóźnieniem, spłynęło, przykrywając mnie bardzo szczelnie, rozerwane poszycie mojego namiotu. Donośne brzmienie fugi wydobywające się z mojej ukochanej NOKII zbudziło już chyba w tym czasie całe pole namiotowe, ale nie miało to dla mnie w tym momencie najmniejszego znaczenia. Grunt, że nie ma tych paskudnych orków, a ja jestem w namiocie, a nie w jakiejś wilgotnej i śmierdzącej jaskini. Ciekawe tylko, kto do mnie dzwoni o 320 nad ranem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz