31.05.2011

Sceny medyczne

Filmy, które oglądamy w kinie, na DVD, czy w telewizji są starannie podzielone na kategorie wiekowe. Ze względu na ilość pokazywanych w nich trupów, hektolitry lejącej się krwi oraz tysiące wystrzeliwanych pocisków i rakiet dany film można oglądać dopiero po ukończeniu 12, 15 lub 18 lat. Niektóre filmy są na tyle „mocne”, że zaleca się je oglądać tylko w towarzystwie i tylko osobom o silnych nerwach. Tak zwana przemoc obficie występująca we wszelkiego rodzaju kryminałach, filmach akcji oraz filmach wojennych wzbudza, co jakiś czas szczere oburzenie w środowiskach opiniotwórczych i daje początek kolejnej kampanii walki z tą „przemocą” w telewizji i kinie.
Osobiście nie jestem miłośnikiem dużych ilości keczupu zużywanych podczas kręcenia większości amerykańskich filmów i nie bawią mnie sugestywne sceny roztrzaskanych na ścianie mózgów, czy walających się po podłodze ludzkich flaków, ale nie chciałbym dożyć czasów, w których film akcji z kilkoma dynamicznymi bijatykami i strzelaninami można by było oglądać tylko na płytach DVD w drugim obiegu. Oddając szacunek twórcom wszelkiego typu obrazów filmowych broczących krwią i wnętrznościami, które dzięki coraz nowocześniejszym cyfrom technikom wizualizacji, wymyślonej przez reżysera drastycznej sceny, są coraz bardziej wstrząsającej i realistyczne muszę przyznać, że co by nie powiedzieć to jest to tylko film. Aktor trafiony serią z ciężkiego karabinu maszynowego, który efektownie fika do góry i pada kilka metrów dalej na pobliską ścianę tradycyjnie obficie brudząc ją ogromną ilością krwi robi duże wrażenie na widzu, ale jest to tylko i wyłącznie przedstawienie. Wszyscy wiemy, że cały film to tylko fikcja, że aktor żyje i nic mu się nie stało, że krew to sos pomidorowy, a naboje były ślepe. Drastyczność scen filmowych to tylko kwestia naszej wyobraźni, wczucia się w akcję i chęci bycia zaszokowanym. Jeżeli ktoś nie lubi widoku filmowych ran postrzałowych to niech nie ogląda takich filmów i da święty spokój całej reszcie, bo tak na prawdę to wstrząsające i drastyczne jest tylko i wyłącznie samo życie.
Ci sami ludzie, którzy lamentują w niebogłosy nad brutalnością kolejnego filmu akcji, zdają się nie zauważać codziennie pokazywanych prawie w każdym dzienniku telewizyjnym scen z sal operacyjnych najróżniejszych szpitali. Bez żadnych ostrzeżeń pokazuje się w nich kilkudziesięcio sekundowe sekwencje operacji na otwartym sercu, wątrobie, czy oku. Bez trudu można zostać świadkiem prawdziwego porodu, reanimacji czy chociażby wbijania igły w rękę. Niczyjej zgrozy nie budzą z najdrobniejszymi szczegółami pokazywane ofiary wybuchu poparzone w 90%, czy ranne dzieci w jednej z toczących się w trzecim świecie wojen. W scenach pokazywanych w telewizyjnych programach informacyjnych występują prawdziwi ludzie, którzy są na prawdę operowani bądź ranni. Krew ściekająca z gumowych rękawic chirurga pochylonego nad otwartą klatką piersiową pacjenta, co często możemy zobaczyć oglądając jakiś dziennik telewizyjny, jest prawdziwa, życie chorego na prawdę wisi na włosku, a wykres bicia serca na zielonym ekranie obrazuje prawdziwe życie. Skóra płatami odchodząca od ciała dziecka po oparzeniu przy wybuchu jest realna, a jego krzyk odzwierciedla jak najbardziej prawdziwy niesamowity ból którego jest ono w tej chwili ofiarą.
Skoro niektórzy ludzie tak bardzo dbają o nasze zdrowie psychiczne i obawiają się wpływu drastycznych scen filmowych na naszą osobowość, może swoją krucjatę zaczęliby od telewizyjnych programów informacyjnych. Są one nadawane przez cały dzień i każdy dzieciak o godzinie 13oo lub 17oo może się do woli naoglądać prawdziwej krwi. Jeżeli danego dnia miała miejsce jakaś spektakularna operacja chirurgiczna to mamy pewność, że we wszystkich dziennikach pod rząd na wszystkich kanałach będzie ona w kółko pokazywana przez cały dzień i jeżeli nie zdążymy się nasycić widokiem ran i szwów w czasie trwania jednego programu, możemy chwilę poczekać na drugi i wszystko spokojnie obejrzeć jeszcze raz. Uważam, że filmy stały się przysłowiowym kozłem ofiarnym bojowników o łagodną telewizję i kino, bo tak na prawdę drastyczne i zagrażające integralności psychicznej wielu widzów, (w tym całych rzesz małoletnich) są ogólnie dostępne telewizyjne programy informacyjne. Może zamiast klasyfikować filmy w których wszystko jest i tak na niby na kategorie wiekowe widzów, którzy mogą je oglądać wypadałoby się w podobny sposób zabrać za telewizyjne Wiadomości, Fakty i Informacje. Może treść filmowa programów informacyjnych emitowanych przed 22oo powinna być zupełnie inna od tej emitowanej późnym wieczorem. Może przed programem informacyjnym powinna się pojawiać plansza informująca widzów, że dany program dozwolony jest tylko dla widzów dorosłych lub o silnych nerwach i należy go oglądać w towarzystwie. Rozumiem, że nie wszyscy widzowie marzą o zostaniu Rambo czy Terminatorem i są zgorszeni widząc rozgrywające się tam sceny, ale tak samo wielu, jeżeli nie znacznie więcej widzów nie ma ochoty zostać chirurgiem, sanitariuszem a nawet kierowcą karetki pogotowia. Myślę, że najprostszym rozwiązaniem opisanego problemu będzie pozostawienie tak drastycznych filmów, jak i programów informacyjnych w spokoju i niech każdy ogląda to co lubi.  Rodzice sami zdecydują co powinny oglądać ich pociechy, a co nie.
Ostrzegam, że jeżeli kampania zwalczająca tak zwane mocne filmy znowu się w Polsce rozpocznie, ja rozpocznę ze zdwojoną siłą kampanię zwalczającą sceny medyczne „na żywo” w telewizyjnych programach informacyjnych. Myślę, że będę miał bardzo wielu zwolenników, bo prawie wszyscy ludzie marzą o byciu, choć przez kilka chwil takim Rambo, ale mało kto pali się do przeszczepienia bijącego serca.

27.05.2011

Cedrik X

Chłodno tu, zimno, ciemno i cicho. Na razie nikt mnie jeszcze nie znalazł ale trzeba być czujnym bo te psie syny i córki wszędzie wlezą, a ja nie mogę się tak ukrywać w nieskończoność. Jak tak teraz tu sobie siedzę w kucki i marznę, a głodny jestem straszliwie to tak myślę, że wszystko mogło być inaczej, to znaczy lepiej, a właściwie o wiele lepiej. Człowiek to zawsze mądry po szkodzie, tak jak ja teraz, a wujek Aldrik twierdził, że widział takich co przed szkodą i po szkodzie byli głupi. Na skale co pod nią siedzę w te kucki, a nogi mi już potwornie zdrętwiały wyskrobałem sztyletem swoje imię, tak żeby chociaż w przyszłości wiedzieli kto tu leży. Mówią, że Cedrik to pogańskie imię, ale ja takie dostałem na chrzcie. Ksiądz podobno miał tam jakieś wątpliwości ale wujek Aldrik go przekonał, że był taki święty Cedrik a wujek to go nawet znał osobiście i nie jeden antałek śliwowicy z nim obalił w karczmie to znaczy zjedli razem beczkę soli w tej karczmie, czy coś w tym stylu. Ksiądz był pod takim wrażeniem, że od tego czasu kulał na lewą nogę a wujka Aldrika to omijał szerokim łukiem nawet jak ten ostatni leżał pijany w błocie przed karczmą i coś tam sam do siebie bełkotał między jednym a drugim rzygnięciem.
Pssst !!!! Chyba tu idą ! Nie - tylko tak mi się tylko zdawało. Nerwy po tym wszystkim zaczynają mi puszczać ale to nie dziwota - ludzka rzecz, ile nocy można wreszcie nie spać.
Jeszcze dwa tygodnie temu nic nie wskazywało, że tak się to wszystko skończy ale Wycior jak zwykle musiał mieć jeden z tych swoich pomysłów. W bandzie jest, a raczej było nas jedenastu, to znaczy Wycior nasz szef i nas dziesięciu jego chłopaków. Do bandy Wyciora trafiłem dzięki wujkowi Aldrikowi, który jako, że nie miałem ojca, to znaczy miałem ale zginął w jakiejś bitwie zaraz po moim narodzeniu (chociaż krążyły też inne wersje), traktował mnie jak swojego jedynego syna, którego on dla odmiany nigdy nie miał. Powiedział mi pewnego dnia, że dorosłem i czas abym się jakiegoś porządnego męskiego fachu nauczył. Poszliśmy razem do gospody i tam wujek pokazał mnie Wyciorowi, z którym było widać wujek nie jedną wioskę spalił, to się znaczy zjadł beczkę soli, a mi powiedział, że od tej pory będę u Wyciora terminował, a mam się go słuchać tak jak samego wujka Aldrika.
W bandzie Wyciora, którą sam wycior nazywał dumnie oddziałem a siebie dowódcą (czasami jak sobie bardziej popił to kazał do siebie mówić kapitanie) najbardziej zaprzyjaźniłem się ze Szczerbatym III i  Gęsim Piórem V.  Łaziliśmy trochę tak oddziałem po drogach, a najbardziej to pasowały nam te wśród gęstych lasów, a oddalone od wsi i zamków. Wycior mówił, że to wszystko co robimy jest jak najbardziej legalne i on sam dostał taki glejt od króla Laktacjusza na tą ochronę dróg leśnych. Gęsie Pióro V jako, że w papierach bywały i kiedyś podobno był nawet skrybom na jednym ze dworów, (który musiał bardzo szybko opuścić bo się tam jakieś rachunki w książęcych księgach nie zgadzały), trochę marudził, że glejtów na to co robimy to żaden król ani książę nie wydaje ale jakoś nikt go nie słuchał. Mi się tam ta robota podobała, bo wreszcie człowiek był kimś i miał szacunek u innych  Jak tak wychodziliśmy w jedenastu z krzaków na trakt to każdy podróżny od razu płacił gotówką za ochronę i w dyrdy leciał prosto drogą nie oglądając się za siebie. Nigdy nie rozumiałem czemu (i gdzie) im się tak zawsze po zapłaceniu za ochronę spieszyło.
Po kilku tygodniach takiej pracy doszliśmy do wioski leżącej nieopodal katedry pod wezwaniem świętego Pankracego. Stanęliśmy w karczmie aby wydać trochę tych pieniędzy na ochronie traktów zarobionych. W karczmie u Genzeryka było bardzo wesoło. Nasłuchaliśmy się najróżniejszych opowieści o katedralnych podziemiach, skarbach, czarach i potworach, a każda opowieść była suto popita i zagryziona. Szczerbaty III zaczął grać z miejscowymi w kości bo hazardzista był z niego pierwszej wody. Chłopaki mówili, że kiedyś jakiś rycerz grał z nim w kości i coś tam mu się nie zgadzało z tymi kośćmi Szczerbatego. Grzecznie go więc poprosił żeby kości zjadł. Szczerbaty to chłop usłużny i ludziom nie odmawia, więc kości posłusznie zżarł ale od tamtego czasu coś zęby mu nie służą i ma trochę przeciągów w gębie. Po jakimś czasie przy stoliku Szczerbatego zaczął się jakiś raban i dalej to już nie wiele pamiętam tyle tylko, że mnie chłopaki wynieśli z karczmy bo ta się jakimś dziwnym trafem zapaliła.
Rano wszystkich chłopaków strasznie łby bolały ale cała nasza gromadka była szczerze zadowolona z bardzo udanego wieczoru. Wycior zapłacił Genzerykowi (bo miał jakąś słabość do tego karczmarza) za remont karczmy co ją teraz ponoć przez nas miał odbudowywać i tak w ciągu jednego dnia rozszedł się kilkutygodniowy zarobek jedenastu chłopa. Gęsie Pióro V coś tam zaczął mówić, że jest to dobra okazja, żeby wreszcie osiąść na stałe ale Szczerbaty III i reszta chłopaków wyskoczyli na niego z mordami, że od tego czytania i pisania to mu już całkiem mózg sparciał i gada jak stara baba.
Wycior jak na dobrego szefa przystało wyzwał nas od najgorszych i solidnie spłazował każdego po kolei. Wszyscy się uciszyli i od razu lepiej poczuli czując nad sobą opiekuńczą rękę szefa. Wycior zarządził zbiórkę w szeregu i odliczanie. Trzeba tu zaznaczyć, że odliczanie, którego się Wycior nauczył jak za młodu służył w wojsku u króla Laktacjusza było jego pasją. Miał co prawda duże problemy aby nas dziesięciu nauczyć dobrze odliczać bo zawsze ktoś nie pamiętał co jest po liczbie pięć czy siedem, więc każdy z nas dostał jeden numer i od tej pory nosił imię z numerem tak jak ja Cedrik X. Od tej pory nie mieliśmy żadnych problemów z odliczaniem. Wycior był z nas bardzo dumny i mówił, że na zbiórce wyglądaliśmy prawie jak oddział wojska książęcego. Gęsie Pióro V coś tam zawsze mamrotał, że nam do oddziału książęcego jak Szczerbatemu do biskupa ale nikt go nie słuchał - wiadomo pisarz. 
Na zbiórce Wycior zarządził wyprawę do katedralnych podziemi. Chłopaki nie byli na początku tym pomysłem zachwyceni ale szef ich przekonał, że będzie z tego kupa forsy a do lochów zejdziemy bardzo płytko. Zrobiliśmy regulaminowe w lewo zwrot, choć Szczerbatemu coś się strony jak zawsze pochrzaniły i ruszyliśmy do katakumb. Jak tylko zeszliśmy po schodach rzuciła się na nas horda szkieletonów. Wycior nie w ciemię bity i rzucił prawie jak w książęcym wojsku komendę do sformowania szyku. Trochę nam to opornie szło ale wreszcie wyszło. Wycior stał na przodzie, a po obu jego stronach po pięciu z każdej jak skrzydła u ptaka my - jego chłopaki. Wycior mówił, że to się nazywa trójniak i tak atakuje piechota książęca. Wbiliśmy się w gromadę szkieletonów tym trójniakiem jak nóż w masło. Wszędzie było tylko słychać suchy chrzęst łamanych kości i szczęk metalu o metal. Po kwadransie takiej roboty zrobiło się pusto i cicho. Wycior zarządził zbieranie łupów. Rozpiechrzliśmy się po lochu, każdy w inną stronę co by sobie nie przeszkadzać, bo chłopaki robią się nerwowe kiedy zbierają łupy.
Penetrowanie lochu zajęło nam godzinę. Nazbieraliśmy razem 243 sztuki złota, 5 sztyletów, dwie peleryny, jedną szablę i trochę innego papierkowego badziewia, którym zachwycał się tylko Gęsie Pióro V. Chłopaki chcieli już wracać do wioski i opić zwycięstwo ale Wycior ich przekonał, że skoro nam tak dobrze idzie to możemy zejść niżej ma się rozumieć tylko i wyłącznie w celach zwiadowczych.  
Uformowaliśmy naszego trójniaka i zleźliśmy schodami na dół. Komnata na dole była bardzo podobna do tej na górze  za wyjątkiem komitetu powitalnego. Naszym oczom ukazał się wielki stwór ni to goblin, ni to człowiek, za to cały różowy i z olbrzymim rzeźnickim tasakiem w ręku. Jak go zobaczyłem to się mało ze śmiechu nie posikałem ale było mi głupio przed chłopakami tak głupkowato rechotać. Facet jak nas tylko zobaczył zaraz wrzasnął „Świeże mięcho”. Szczerbaty, że był trochę przygłuchy zrozumiał to jako „wielkie szczerbo” i uznał, że gość coś do niego ma. Rzucił się więc na różowego sam bo był bardzo czuły na punkcie swoich zębów lub ich braku jak kto woli. Różowy walnął go w sam środek łba tym swoim tasakiem, tak że się Szczerbatego hełm rozpadł na dwie części, a sam szczerbaty padł zalany krwią. Takiej zniewagi bandy to znaczy oddziału Wycior nie mógł puścić płazem. Rzuciliśmy się na basiora kupom ze wszystkich stron na raz i dawaj go okładać czym kto miał. Różowy bronił się dzielnie ale był za wolny, żeby nas pokonać. Padł z głośnym plaśnięciem wśród okrzyków radości chłopaków.  
Szczerbaty przeżył cios różowego. Z głowy lała mu się krew, miał rozpalone czoło, świecące oczy a z ust wydobywały mu się czerwone pęcherzyki. Nachyliłem się nad nim nisko, otarłem krew z jego twarzy i zacząłem pocieszać bo mi się chłopa szkoda zrobiło, że zaraz go zaniesiemy do wioski do Hilera, który się nim zajmie. Szczerbaty w ogóle mnie nie słuchał tylko kurczowo trzymając się za połeć mojej peleryny szeptał, że miał wizje o królu Laktacjuszu, biskupie Magnusie, i mocach piekielnych. Zaczął bredzić o demonach, magach i diabłach, a kiedy wydawało mi się, że powie wreszcie o co mu chodzi zwiotczał mi w rękach a jego oczy stały się szklisto matowe.  
Żeby nie tracić czasu, pochowaliśmy Szczerbatego w jednym z licznych w podziemiach katedry sarkofagów z wszelkimi honorami wojskowymi. W spadku po Szczerbatym III dostała mi się jego piękna szabla świecąca się w czasie walki na niebiesko. Reszta chłopaków dostała inne rzeczy ale o skórzaną kurtkę nabijaną ćwiekami musieliśmy ciągnąć losy i wygrał ją Gęsie Pióro V. Do wioski choć solidnie obładowani łupami wróciliśmy w marsowych nastrojach i nawet w częściowo spalonej karczmie u Genzeryka po kilku piwach jakoś nastrój się nie kleił. Wycior poszedł pohandlować do miejscowego kowala Kwintusa i mówił, że nie sprzeda tego tasaka za mnij niż 300 sztuk złota. Tasak Rzeźnika jak go wszyscy nazwaliśmy po śmierci Szczerbatego, bo głupio było opowiadać, że zginął z ręki różowej świni latającej w samych gatkach po lochu okazał się bardzo ciężki i nikt z naszej bandy nie potrafił nim się bić…. [error 2043, error 137, error 404, text recovering procedure halted, another manuscript? Y/N]

24.05.2011

Dacia i Sarmacja - różnice

Różnice pomiędzy Polską a Rumunią są najbardziej widoczne w  wielkości i jakości sklepów spożywczych. W Rumunii jest o wiele mniej sklepów spożywczych niż w Polsce. Poza tym są to w ogromnej większości maleńkie sklepiki, w których wszystko podaje się przez ladę. Wybór dostępnych towarów jest niewielki i raczej dość monotonny. Jedyną widoczną siecią małych sklepów spożywczych jest sieć „Mic.ro”, która wielkością i stylem funkcjonowania odpowiada polskiej sieci „Żabka”.  Sieć handlową uzupełniają potem olbrzymie hipermarkety zlokalizowane na obrzeżach miast. Nie ma tutaj tak powszechnych w Polsce sieciowych sklepów średniej wielkości typu Lidl, Biedronka, czy Netto.


W Rumunii panuje całkowita „wolna amerykanka” jeżeli chodzi o parkowanie samochodów. Wszyscy parkują wszędzie i nikt się niczym nie przejmuje. Można całkowicie zablokować chodnik zaparkowanym samochodem i nikogo to tutaj nie zdziwi. Samochody są w ogóle dla Rumunów bardzo ważne i wręcz święte. Jednym z najbardziej popularnych tutaj biznesów są wszelkiego rodzaju myjnie samochodowe, które nigdy nie narzekają na brak klientów. Nie ważna czy jeździsz starym Daewoo, czy nowiutkim Mercedesem, samochód się po prostu musi błyszczeć w słońcu.
Ciekawym rumuńskim rozwiązaniem są światła sygnalizacji drogowej połączone ze stoperem. W momencie kiedy się pali czerwone światło i czekamy na jego zmianę na zielone wyświetlany jest stoper odliczający czas w sekundach do zmiany światła. Podobnie ma się sytuacja w przypadku kiedy świeci się zielone światło, to widzimy ile jeszcze sekund zostało do jego zmiany na czerwone. Z jednej strony pozwala to na planowanie naszych manewrów drogowych (tak kierowców jak i pieszych) a z drugiej strony kreuje nerwowe reakcje kierowców, jak przy starcie formuły pierwszej kiedy do odliczenia jest mniej niż 5 sekund.

23.05.2011

Dacia i Sarmacja - podobieństwa

Podobieństwa między Polską a Rumunią można w dużym skrócie przedstawić następująco:
- Tak w Rumunii, jak i w Polsce apteki są na każdym rogu. Wynika z tego, że zarówno my, jak i oni bardzo lubimy się leczyć.


- Podobnie jak z aptekami ma się sprawa z kantorami wymiany walut. Tutaj chyba nawet Rumunia nas wyprzedza i ma obecnie takie nasycenie kantorami wymiany walut jak Polska we wczesnych latach dziewięćdziesiątych XX wieku.
- Zarówno w Polsce, jak i w Rumunii każdy człowiek, który kieruje samochodem staje się bojowym kawalerzystą mającym w głębokiej pogardzie innych uczestników ruchu drogowego (i w Rumunii często daje o tym znać wszystkim innym używając klaksonu).
- Sklepy spożywcze w obu krajach są otwarte przez 7 dni w tygodniu i to od samego rana do późnego wieczora.
- W Rumunii podobnie jak w Polsce wiele rzeczy można „załatwić”.


18.05.2011

Mamaia - czyli rumuńskie Mielno

Jeżeli lubicie nastrój tandetnego i drogiego "wypoczynku" w Mielnie, ale brakuje wam ciepłej wody w morzu i prawdziwego słońca, to Mamaia jest dla was stworzona. Do dyspozycji wczasowiczów jest tutaj szeroka piaszczysta plaża, płytka morska woda, idealna do kąpieli, oraz dziesiątki dyskotek, sklepików z pamiątkami i wszelkiego rodzaju innych atrakcji dostępnych już za kilka lei. Dodatkowym atutem jest kolejka linowa idąca wzdłuż plaży oraz długi sezon, który wraz ze słoneczną i ciepłą pogodą trwa tutaj od połowy maja, do końca września.

17.05.2011

Polak, Rumun dwa bratanki ...

Myślę, że warto odwiedzić Rumunię aby dowiedzieć się całej prawdy, a może i czegoś nauczyć na przyszłość o polskim charakterze narodowym. Podróż do Rumunii, to dla Polaka jak podróż w czasie o 15-20 lat wstecz do początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Zobaczymy tu raczkujący handel w rodzinnych mini sklepikach, na każdym rogu natkniemy się na kantor wymiany walut i znowu oswoimy się z osobami palącymi papierosy w restauracjach. Spacerując po ulicach Konstancy, drugiego co do wielkości po Bukareszcie miasta Rumunii, przypomnimy sobie jak wyglądały nasze drogi i chodniki w momencie wychodzenia z komunizmu, a nieskoszone i sięgające kolan trawniki w miejskich parkach tylko pogłębią to uczucie dawno utraconej swojskości. Patrząc na naszych przedwojennych sojuszników, z którymi mieliśmy wspólną granicę, możemy zobaczyć jak w lustrze polską nieukojoną tęsknotę za utraconymi Kresami w postaci rumuńskiej nieukojonej tęsknoty za utraconą Mołdawią i Bukowiną. Zwiedzając lokalne muzea, czujemy to samo co w Polsce niedowartościowanie i niedocenianie naszych osiągnięć i wkładu w rozwój cywilizacyjny przez tak zwaną Europę, która tak na nich, jak i na nas patrzy ciągle z góry i do tego dość protekcjonalnie.
Trzeba tutaj przyznać, że Polska jest znacznie bliżej tego wymarzonego Zachodu niż Rumunia. W Polsce telefon komórkowy nie jest już elementem nachalnego szpanu, tylko zwykłym urządzeniem ułatwiającym codzienne funkcjonowanie. Życie pieszego w Polsce jest o wiele łatwiejsze niż w Rumunii, a agresja kierowców już się trochę przytępiła w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Po naszych drogach jeżdżą odrobinę lepsze i nowsze samochody, ale na korzyść Rumunów przemawia w tym momencie produkcja własnych samochodów marki Dacia. Chociaż problem psów w Polsce nie jest jeszcze rozwiązany na poziomie "europejskim" i ciągle mamy zasrane wszystkie trawniki w miastach, to nie ma już u nas hord bezpańskich psów biegających po osiedlach, tak jak to ma ciągle miejsce w Rumunii. W Polsce i w Rumunii mamy też problem z budową autostrad, ale w Polsce chociaż lotnisko w Warszawie wygląda imponująco, tak pod względem rozmiaru, jak i czystości. Lotnisko w Bukareszcie przypomina raczej mały, biedny i zapuszczony prowincjonalny port lotniczy przed którym jest jeszcze daleka droga do Europy.
Z całego serca życzę Rumunom powodzenia w ich drodze do dobrobytu oraz szczęścia narodowego i chociaż Polsce jeszcze dużo brakuje do tego samego dobrobytu i szczęścia, miło jest sobie uświadomić, że przeszliśmy już kawał drogi. Szkoda tylko, że idziemy tak wolno, bo przecież mogliśmy iść znacznie szybciej i dawno już dojść do upragnionego celu.
 
 Na pewno lepiej od Rumunów radzimy sobie z elektryfikacją miast

12.05.2011

BOFORS

W 1935 roku rozpoczęto modernizację Wojska Polskiego mającą na celu wyposażenie piechoty w środki zwalczania czołgów. Sztab Główny przewidywał, że aby zorganizować skuteczną obronę, dla każdej dywizji piechoty potrzeba od 38 do 48 dział przeciwpancernych, czyli łącznie planowano zakup 3038 działek. Do września 1939 r. polskie fabryki dostarczyły dla wojska 900 przeciwpancernych działek 37mm Bofors. Wraz z zakupionymi w Szwecji 300 działkami tego typu wojsko otrzymało 1200 działek przeciwpancernych, czyli tylko około 40% planowanego uzbrojenia, które gwarantowało skuteczną obronę jednostkom piechoty przed atakiem pancernym!!!
Koszt krajowej produkcji działka 37 mm Bofors w roku 1937 wynosił 22900zł, a jeden nabój ppanc. 37mm kosztował 32zł. 
Dla porównania koszt budowy nowoczesnego wówczas okrętu podwodnego średniej wielkości (ORP Orzeł) wynosił ok. 10’000’000zł!!! II RP, która miała bardzo symboliczny dostęp do morza, a morzem tym był zamknięty i mały Bałtyk wyasygnowała tak gigantyczne pieniądze na budowę nowoczesnego okrętu podwodnego (o kosztach jego utrzymania i szkolenia załogi nie wspominając). Okręt ten w trakcie wojny do NICZEGO nam się nie przydał i poza legendą związaną z brawurową ucieczką z Tallina nie wniósł właściwie żadnego wkładu w obronę kraju. Za te 10 milionów wydane na Orła można było kupić 400 działek Bofors!!!  Oprócz ORP Orzeł II RP dysponowała jeszcze ORP Wilk (dotarł do Anglii), ORP Ryś (internowany w Szwecji), ORP Żbik (internowany w Szwecji), ORP Sęp (internowany w Szwecji). czyli łącznie kolejne 40 000 000 zł wydane na drogie zabawki, które nie miały najmniejszego wpływu na przebieg kampanii wrześniowej. Za te 40 milionów (nie licząc kosztów utrzymania okretów) można było zakupić kolejne 1600 działek Bofors. Razem wartość wszystkich naszych okrętów podwodnych odpowiadała 2000 działek Bofors wraz z amunicją. Biorąc pod uwagę fakt, że już mieliśmy 1200 działek w czynnej służbie to po dodaniu tych 2000 razem mamy 3200 działek, czyli akurat tyle ile potrzeba było do pełnego nasycenia piechoty i kawalerii bronią ppanc. Jakże inaczej wyglądałaby walka we wrześniu 1939 roku gdyby polska piechota i kawaleria wyposażone były w wystarczającą ilość działek ppanc. najlepiej świadczy przykład walki dobrze wyposażonej w sprzęt ppanc. Wołyńskiej Brygady Kawalerii z niemieckimi zagonami pancernymi pod Mokrą, w której Niemcy stracili ponad 100 czołgów i samochodów pancernych.

9.05.2011

Dyskryminacja chudych

W trakcie zeszłorocznych wakacji wielokrotnie podróżowałem samolotem zwiedzając przy okazji kilka lotnisk w różnych krajach. Po obejrzeniu któregoś z rzędu lotniska dochodzi się do wniosku, że tak na prawdę to wszystkie są takie same. Zawsze jest tłum poddenerwowanych podróżnych, pracownicy linii lotniczych, straż graniczna, celnicy, prześwietlanie bagażu, komunikaty z głośników wypowiadane miękkim kobiecym głosem oraz ważenie walizek. Przy ważeniu walizek jest najwięcej emocji, bo tak na prawdę nikt z podróżnych nie wie ile dokładnie jego bagaż waży i czy po dopakowaniu w ostatniej chwili szamponu do mycia włosów przekroczył już swój limit czy nie. Wszyscy podróżni cierpliwie poddają się tej procedurze mając na uwadze ograniczoną nośność samolotu, a co za tym idzie swoje bezpieczeństwo podczas lotu. Nie bez znaczenia jest też przede wszystkim dla kompanii lotniczej zużycie paliwa, które gwałtownie rośnie wraz ze wzrostem ciężaru transportowanego ładunku. Podobno w czasie blokady Berlina Zachodniego, kiedy Alianci zaopatrywali miasto we wszystko tylko i wyłącznie drogą lotniczą koszt transportu 1kg paliwa wynosił 2,5 kg paliwa.
Stojąc w którejś z rzędu zeszłego lata kolejce do odprawy bagażu i widząc jak filigranowa kobieta zostaje odesłana do przepakowania swojej olbrzymiej walizki, bo przekroczyła dopuszczalny limit o 3kg zacząłem się nad tym całym zjawiskiem ważenia zastanawiać. Tak na prawdę to dla samolotu nie ma znaczenia, czy kilogramy, które ma unieść w powietrze składają się z ubrań, butów, szczoteczek do zębów, flaszek wódki czy z ciała ludzkiego. Kilogram to kilogram - czy puchu, czy ołowiu to tyle samo, a jest przecież zasadnicza różnica pomiędzy otyłym mężczyznom mającym dwa metry wzrostu i ważącym 120 kg a filigranową kobietką ważąca 40 kg. Oboje zapłacili tyle samo za bilet i mają prawo zabrać po np. 20 kg bagażu, tyle tylko że w przypadku mężczyzny samolot musi przetransportować 120kg + 20kg = 140kg, a w przypadku drobnej kobiety 40kg + 20 kg = 60kg. Różnica masy jest ponad dwukrotna, czyli upraszczając samolot spali dwa razy więcej paliwa transportując grubego mężczyznę i jego bagaż niż drobną kobietę i jej walizkę. Wynika z tego porównania prosty wniosek, że filigranowa pasażerka mocno przepłaciła kupując swój bilet, bo „dotuje” otyłego mężczyznę, który leci w dużej części na jej koszt. Nie chcę żeby ktoś pomyślał, że popieram chude kobiety, a tępię grubych facetów, bo równie dobrze może chodzić o otyłą mamuśkę i zasuszonego dziadka, ale fakt pozostaje faktem - chudzi są dyskryminowani. W czasach, kiedy na widok cienia najmniejszej nawet dyskryminacji rasowej, religijnej, narodowościowej czy płciowej podnosi się gromkie larum i debatuje na wszystkich telewizyjnych kanałach nikt nawet nie wspomina o setkach tysięcy podróżujących codziennie samolotami chudych, szczupłych i drobnych ludzi, którzy przepłacają za swoje bilety lotnicze. Być może wynika to z faktu, że wypróbowani działacze na rzecz politycznej poprawności, którzy ciągle latają po świecie głosząc swoją prawdę nie są najmłodsi a na parlamentarnych dietach zdążyli już mocno utyć i bardzo boją się ważenia.
Kiedy nadchodzi walka bokserska oficjalne ważenie zawodników mające potwierdzić czy są w tej samej klasie wagowej nikogo nie gorszy. Przed wyścigami konnymi każdorazowo waży się dżokeja z siodłem i jeżeli ważą razem za mało dociąża się siodło kilkoma ciężarkami.  W ten prosty sposób każdy koń w trakcie gonitwy niesie tyle samo kilogramów i szanse poszczególnych koni są wyrównane.
Myślę, że w dzisiejszej dobie dążenia za wszelką cenę do powszechnej sprawiedliwości społecznej powinno się natychmiast odejść od sprzedawania biletów lotniczych na zasadzie jedna osoba + 20kg bagażu, a przejść na system bilet na 150kg. W takim systemie drobna kobitka mogła by wziąć dużo bagażu, a otyły mężczyzna mało, ale sumarycznie ważyliby tyle samo, a to jest najważniejsze dla samolotu. Nikogo nie powinien w tej sytuacji za kilka lat na lotnisku dziwić widok stających na wadze ludzi wraz z bagażem i czekających na odprawę. Proponowany przeze mnie tutaj system ma tą zaletę, że w razie przekroczenia limitu kilogramów zawsze można jeszcze pójść do toalety i w trybie awaryjnym zrzucić ten kilogram czy dwa (jedną lub drugą stroną).
Mam nadzieję, że nikt, kto ma małą czy dużą nadwagę nie poczuł się urażony. Ja sam ważę więcej niż powinienem i można uczciwie powiedzieć, że ktoś drobny dotował mój przelot. Miałem jednak szczęście, bo podróżowałem z żoną, która jest ode mnie o wiele lżejsza, więc razem chyba nie wychodziliśmy wraz z naszym bagażem ponad średnią wagową.