Wbrew pozorom, w 1939 roku Wojsko Polskie miało na swoim wyposażeniu lekką i skuteczną broń do zwalczania czołgów. Bronią tą był karabin przeciwpancerny wzór 35 na pociski pełnopłaszczowe zbliżone do zwykłych pocisków kalibru 7,92 milimetra. Pociski te osiągały predkość 1250 m/s (dzięki specjalnemu prochowi i bardzo długiej lufie) co pozwalało na efektywne zwalczanie wszystkich ówczesnych czołgów (zarówno niemieckich jak i radzieckich – grubość pancerza od 15 do 30mm). Pocisk nie przebijał pancerza, lecz rozpłaszczał się na jego powierzchni i wybijał w niem „korek” o średnicy około 2 centymetrów. Do momentu wybuchu wojny wojsko otrzymało ponad 3500 egzemplarzy tej broni. Broń tą okryto tak wielką tajemnicą że bardzo mało osób w ogóle wiedziało o jej istnieniu. Skrzynie z karabinami ppanc wz 35 opatrywano napisami typu: „Nie wolno otwierać – sprzęt mierniczy” albo „Otworzyć tylko na wypadek wojny”. Do momentu wybuchu wojny tylko niewielka ilość żołnierzy została przeszkolona w obsłudze karabinu a kadra oficerska w ogóle nie była przeszkolona w zakresie taktyki stosowania tej broni na polu walki. Efekt był taki, że we wrześniu 1939 roku tylko w nielicznych miejscach karabiny ppanc wz 35 zostały użyte przeciw pancernym siłą niemieckicm. W tych nielicznych przypadkach Niemcy byli całkowicie zaskoczeni i z regóły odparci ponosząc duże straty. Tajność towarzysząca karabinowi ppanc zaprzepaściła możliwość jego szerokiego i skutecznego wykorzystania w trakcie kampanii wrześniowej. Ta lekka broń przeciwpancerna, której obsługę stanowiło dwóch żołnierzy stanowiła cenne uzupełnienie siły ogniowe piechoty i dawała realne szanse na odparcie natarcia pancernego przeciwnika.
29.06.2011
23.06.2011
Mobilizacja
Ręce opadają jak się zaczyna myśleć o tym temacie. Z jednej strony polskie dowództwo zdawało sobie zprawę z nadchodzącej wojny z Niemcami ale z drugiej działało w sposób dość niezdecydowany i opieszały. Ogłoszenie powszechnej mobilizacji równałoby się wypowiedzeniu wojny, więc w celu powołania rezerwistów pod broń uciekano się do mobilizacji zakamuflowanej. Pierwszym krokiem było (od wiosny 1939 roku) powoływanie rezerwistów na różnego rodzaju manewry, którzy już w wojsku zostawali do momentu wybuchu wojny. Drugim krokiem była tak zwana cicha mobilizacja, polegająca na powoływaniu poszczególnych rezerwistów do pod broń w nocy przez cywilnie ubrany patrol, który przychodził do domu powoływanego (w trybie indywidualnych powołań zmobilizowano około 800 tysięcy żołnierzy). Obie metody były dość skuteczne ale miały dwie wady: 1. proces powoływania rezerwistów był dość powolny i długotrwały, 2. w taki sposób można było powołać tylko część rezerwistów bez wywoływania wrażenia powszechnej mobilizacji. Koniec końców ogłoszenie powszechnej mobilizacji było i tak koniecznością. Mobilizację powszechną ogłoszono 30 sierpnia (i tak za późno o dobre 4 dni), ale pod naciskiem sojuszników (na których zawsze możemy liczyć – żart !!!) odwołano ją i ogłoszono ponownie 31 sierpnia, co spowodowało trudny do opanowania (i opisania) chaos oraz bałagan organizacyjny. 1 września oddziały polskie osiągnęły zaledwie 70% gotowości bojowej, gdyż wiele jednostek kompletowanych w trybie mobilizacji powszechnej nie dotarło w ogóle do miejsca zgrupowań (przede wszystkim wobec zmasowanych nalotów Luftwaffe na linie kolejowe i zmiany linii frontu wskutek działań niemieckich jednostek pancernych, i zmotoryzowanych).
Podsumowując - dzięki pierwszorzędnemu spapraniu mobilizacji Wojsko Polskie w dniu 1 września 1939 było pozbawiono około 30% swojej nominalnej siły, a i tak dostępna do walki z nieprzyjacielem „siła” była niejednokrotnie skoncentrowana w zupełnie przypadkowych miejscach. Mając do dyspozycji całe Wosjko Polskie w 100% gotowości bojowej można było znacznie dłużej (i może z sukcesem) stawiać opór najeźdźcy.
P.S.
Gdyby generał Kutrzeba prowadząc swoje wspaniałe kontrnatarcie miał do dyspozycji 30% więcej żołnierzy niż miał w rzeczywistości mógłby wygrać bitwę nad Bzurą i zupełnie zmienić losy wojny !!!
17.06.2011
12.06.2011
Miny, zasieki i partyzanci
Okres międzywojenny w Europie to czas wzmożonych prac nad liniamii umocnień. Państwa Starego Kontynentu usiłowały się odgrodzić od sąsiadów kompleksami betonowych bunkrów i twierdz, aby uniknąć w przyszłości strat na miarę I Wojny Światowej. Wszyscy wiedzą o francuskiej Linii Maginota wzniesionej wzdłuż granicy z Niemcami (1929 – 1939), a później naprędce rozbudowywanej wzdłuż granicy z Belgią (1939-1940), ale mało kto już pamięta o francuskiej małej Linii Maginota wzniesionej wzdłuż górzystej granicy z Włochami. W tym samym czasie Czesi wybudowali kordon umocnień w Sudetach wzdłuż granicy z Niemcami, Niemcy natomiast wznieśli Wał Pomorski, (który miał ochraniać nawis operacyjny Pomorza przed atakiem z Polski) oraz Międzyrzecki Rejon Umocniony. Belgowie realizowali swoją doktrynę obronną poprzez budowę grupy warownej Eben-Emael.
II RP też usiłowała wznosić linie umocnień hołdujące strategii rodem z I Wojny Światowej ale rozwinięte granice państwa oraz konieczność przygotowania do wojny albo z Niemcami albo z Sowietami nie pozwoliły na rozpoczęcie prac na znaczącą skalę. Zapatrzenie wyższej kadry oficerskiej na „zwycięską Francję” odcisnęło jednak swoje piętno na polskiej obronności. Podobnie jak Francja, Polska nie zaminowała żadnych obszarów przygranicznych (oraz nie wzniosła w kluczowych punktach pół zasiek, potykaczy oraz pułapek typu partyzanckiego)!!! Miny, które są tanim i efektywnym środkiem zwalczania piechoty i czołgów (o czym przekonali się Alianci pod El-Alamein), które się łatwo układa w czasie pokoju i które stanowią bardzo efektywny sposób znacznego spowolnienia postępu natarcia przeciwnika oraz zwiększenia jego strat nie zostały w ogóle wykorzystane w kampanii wrześniowej. Polskie dowództwo w 1939 roku generalnie nie zdecydowało się do przygotowania w jaki kolwiek sposób obszaru przygranicznego do wojny (pola minowe, zasieki, okopy, rowy przeciwczołgowe, pułapki itp.) z uwagi na szkody w zbiorach zboża jakie by to uczyniło. Dla porównania Niemcy w pasie przygranicznym o głębokości 150km przyspieszyli żniwa w 1939 roku.
Można sobie łatwo wyobrazić, że dzięki umiejetnie rozmieszczonym polom minowym, we wrześniu 1939 roku, ofensywa niemiecka przebiegała by znacznie wolniej, a co za tym idzie polska piechota i kawaleria byłaby w stanie wycofać się na czas z zagrożonych okrążeniem pozycji. Natarcie niemieckie było by również okupione większymi stratami w tym szczególnie w wojskach zmechanizowanych.
O sile dobrze zorganizowanej i działającej na znanym sobie terenie patyzantki nie trzeba już dzisiaj przekonywać. Nic nie stało na przeszkodzie aby Wojsko Polskie wystawiło samodzielne oddziały (złożone z ochotników i dobrzez wyposażone w broń lekką) których zadaniem byłoby zostawać na zajętych przez nieprzyjaciela terenach i od razu nękać go atakami na linie zaopatrzenia, magazyny, mosty itp. Przykład majora Hubala który jako dowódca Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego mając pod swoją komendą średnio 70 ludzi (nigdy więcej jak 300) był w stanie przez 8 miesięcy nękać i wiązać nieprzyjaciela staczając z nim liczne zwycięskie potyczki. Do likwidacji tego oddziału Niemcy zaangażowali aż 8000 żołnierzy różnych formacji!!!
9.06.2011
4.06.2011
Ruch lewostronny
Od wielu lat jesteśmy świadkami nieustających zmian w kodeksie drogowym. Wszystkie te zmiany uzasadniane są koniecznością zwiększenia bezpieczeństwa na drogach. Na początku przyszła kolej na obowiązkowe zapinanie pasów, następnie kazano nam wozić w samochodach apteczki i gaśnice, potem przyszła kolej na zakaz rozmów przez telefony komórkowe, obowiązkowe sadzanie dzieci na dodatkowych fotelikach, a potem przyszła kolej na ograniczenie prędkości jazdy samochodem w terenie zabudowanym do 50 km/h. Dbałość polskiego ustawodawcy o dobro kierowców i pasażerów pojazdów mechanicznych nie zna wprost granic. Z czasem doczekamy się pewnie przepisów mówiących, że wszystkie samochody muszą być koloru jaskrawo żółtego i do tego jeszcze fosforyzujące w nocy, a w trakcie deszczu, czy opadów śniegu w ogóle nie będzie wolno jeździć. Takie nowe przepisy pewnie by się nie spotkały ze społecznym zrozumieniem ale czego się nie robi dla dobra ogółu użytkowników dróg
Osobiście uważam, że bezpieczeństwo na drogach w o wiele większym stopniu zależy, od jakości tych dróg, niż od tego czy w danym samochodzie wieziemy apteczkę, czy nie. Według mnie o wiele więcej osób ginie na polskich drogach w wypadkach samochodowych spowodowanych przez fakt, że gro ludzi jeździ z powodu powszechnej biedy starymi gruchotami, które w sytuacjach ekstremalnych nie dają kierowcy szans wyjść cało z opresji, niż od faktu czy mają oni w swoim bagażniku gaśnicę, czy nie. Swoją drogą bardzo jestem ciekaw ilu ludzi ginie lub zostaje kalekami na polskich drogach tylko i wyłącznie dlatego, że odpowiednie agencje rządowe od 20 lat nie potrafią zbudować kilku tysięcy kilometrów autostrad.
Żeby nie być posądzonym o krytykanctwo instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo na drogach postanowiłem pomóc ustawodawcy w dbałości o kierowców oraz pasażerów i zgłosić następujący pomysł racjonalizatorski - należy natychmiast zmienić ruch na polskich drogach z prawo na lewostronny !
Kilka lat temu trochę zadziornie zapytałem znajomego Anglika, czemu oni tam w Anglii jeżdżą po lewej, a nie jak reszta Europy po prawej stronie jezdni. Mój brytyjski kolega uraczył mnie pięknym referatem na temat wozów konnych, woźniców siedzących po prawej stronie kozła i trzymanych przez nich w prawej ręce batach tak by nie zahaczyć o siedzącego obok pasażera. Na końcu widząc moje lekkie rozbawienie stwierdził, że cały dowód wyższości jazdy po lewej stronie drogi nad prawą stroną można zawrzeć w trzech punktach:
1. Miażdżąca większość kierowców jest praworęczna.
2. Dla bezpieczeństwa na drodze o wiele ważniejsze jest utrzymanie się w swoim pasie ruchu niż zmiana biegu.
3. W ruchu lewostronnym kierowca prawą ręką trzyma kierownicę, gdy lewą zmienia biegi.
Muszę szczerze przyznać, że cały ten dowód logiczny powalił mnie wtedy na kolana. Prostota rozumowania i jak najbardziej logiczny wniosek, że bezpieczniej jest jeździć po lewej niż po prawej stronie drogi zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Gdyby tak w Polsce zmienić ruch z prawo na lewostronny można by przynajmniej o kilkadziesiąt procent zmniejszyć ilość wypadków. Pomyślmy ile setek tysięcy kierowców codziennie męczy się na polskich drogach trzymając lewą niepewną i mniej sprawną ręką kierownicę, gdy w tym samym czasie prawą silniejszą i bardziej ruchliwą ręką manipuluje przy dźwigni zmiany biegów. Ile można by było zaoszczędzić zjechań do rowu lub na przeciwny pas ruchu z tak zwanych niewiadomych przyczyn Jak wiele niekontrolowanych poślizgów i wyrzuceń z ostrych zakrętów można by co roku uniknąć zmieniając tylko stronę ruchu. Oczywiście na początku po zmianie ruchu z prawo na lewostronny czasowo liczba wypadków by wzrosła, ale jak już nam niejednokrotnie wytłumaczono i udowodniono, każda reforma wymaga na początku ofiar. Myślę, że potencjalne bardzo duże i długotrwałe zwiększenie bezpieczeństwa na polskich drogach usprawiedliwia tą początkową większą ilość wypadków drogowych. Pomysł zmiany strony ruchu na drodze ma tą dodatkową zaletę, że nie wymaga budowy drogich autostrad, czy przemalowywania wszystkich samochodów na żółto, a daje prawie natychmiastowe efekty w zmniejszeniu ilości karamboli drogowych.
Kilka lat temu słuchając mojego angielskiego kolegi rozmarzyłem się wyobrażając sobie Polskę z bezpiecznym ruchem lewostronnym, w której na drogach królowałyby sprowadzone wprost z Wysp Brytyjskich samochody marki Austin, Bentley, Rover i Rolls Royce. Mój sen był piękny, ale jedna myśl nie dawała mi spokoju, czemu w Anglii ciągle zdarzają się wypadki samochodowe skoro stosują bezpieczny lewostronny ruch drogowy. Po chwili jednak wszystko stało się jasne - to pewnie przez to, że nie wożą apteczek, gaśnic, gadają przez telefony komórkowe w czasie jazdy i nie zapinają pasów, a tak w ogóle to mogliby pomyśleć o przemalowaniu samochodów na jakiś odblaskowy kolor.
2.06.2011
31.05.2011
Sceny medyczne
Filmy, które oglądamy w kinie, na DVD, czy w telewizji są starannie podzielone na kategorie wiekowe. Ze względu na ilość pokazywanych w nich trupów, hektolitry lejącej się krwi oraz tysiące wystrzeliwanych pocisków i rakiet dany film można oglądać dopiero po ukończeniu 12, 15 lub 18 lat. Niektóre filmy są na tyle „mocne”, że zaleca się je oglądać tylko w towarzystwie i tylko osobom o silnych nerwach. Tak zwana przemoc obficie występująca we wszelkiego rodzaju kryminałach, filmach akcji oraz filmach wojennych wzbudza, co jakiś czas szczere oburzenie w środowiskach opiniotwórczych i daje początek kolejnej kampanii walki z tą „przemocą” w telewizji i kinie.
Osobiście nie jestem miłośnikiem dużych ilości keczupu zużywanych podczas kręcenia większości amerykańskich filmów i nie bawią mnie sugestywne sceny roztrzaskanych na ścianie mózgów, czy walających się po podłodze ludzkich flaków, ale nie chciałbym dożyć czasów, w których film akcji z kilkoma dynamicznymi bijatykami i strzelaninami można by było oglądać tylko na płytach DVD w drugim obiegu. Oddając szacunek twórcom wszelkiego typu obrazów filmowych broczących krwią i wnętrznościami, które dzięki coraz nowocześniejszym cyfrom technikom wizualizacji, wymyślonej przez reżysera drastycznej sceny, są coraz bardziej wstrząsającej i realistyczne muszę przyznać, że co by nie powiedzieć to jest to tylko film. Aktor trafiony serią z ciężkiego karabinu maszynowego, który efektownie fika do góry i pada kilka metrów dalej na pobliską ścianę tradycyjnie obficie brudząc ją ogromną ilością krwi robi duże wrażenie na widzu, ale jest to tylko i wyłącznie przedstawienie. Wszyscy wiemy, że cały film to tylko fikcja, że aktor żyje i nic mu się nie stało, że krew to sos pomidorowy, a naboje były ślepe. Drastyczność scen filmowych to tylko kwestia naszej wyobraźni, wczucia się w akcję i chęci bycia zaszokowanym. Jeżeli ktoś nie lubi widoku filmowych ran postrzałowych to niech nie ogląda takich filmów i da święty spokój całej reszcie, bo tak na prawdę to wstrząsające i drastyczne jest tylko i wyłącznie samo życie.
Ci sami ludzie, którzy lamentują w niebogłosy nad brutalnością kolejnego filmu akcji, zdają się nie zauważać codziennie pokazywanych prawie w każdym dzienniku telewizyjnym scen z sal operacyjnych najróżniejszych szpitali. Bez żadnych ostrzeżeń pokazuje się w nich kilkudziesięcio sekundowe sekwencje operacji na otwartym sercu, wątrobie, czy oku. Bez trudu można zostać świadkiem prawdziwego porodu, reanimacji czy chociażby wbijania igły w rękę. Niczyjej zgrozy nie budzą z najdrobniejszymi szczegółami pokazywane ofiary wybuchu poparzone w 90%, czy ranne dzieci w jednej z toczących się w trzecim świecie wojen. W scenach pokazywanych w telewizyjnych programach informacyjnych występują prawdziwi ludzie, którzy są na prawdę operowani bądź ranni. Krew ściekająca z gumowych rękawic chirurga pochylonego nad otwartą klatką piersiową pacjenta, co często możemy zobaczyć oglądając jakiś dziennik telewizyjny, jest prawdziwa, życie chorego na prawdę wisi na włosku, a wykres bicia serca na zielonym ekranie obrazuje prawdziwe życie. Skóra płatami odchodząca od ciała dziecka po oparzeniu przy wybuchu jest realna, a jego krzyk odzwierciedla jak najbardziej prawdziwy niesamowity ból którego jest ono w tej chwili ofiarą.
Skoro niektórzy ludzie tak bardzo dbają o nasze zdrowie psychiczne i obawiają się wpływu drastycznych scen filmowych na naszą osobowość, może swoją krucjatę zaczęliby od telewizyjnych programów informacyjnych. Są one nadawane przez cały dzień i każdy dzieciak o godzinie 13oo lub 17oo może się do woli naoglądać prawdziwej krwi. Jeżeli danego dnia miała miejsce jakaś spektakularna operacja chirurgiczna to mamy pewność, że we wszystkich dziennikach pod rząd na wszystkich kanałach będzie ona w kółko pokazywana przez cały dzień i jeżeli nie zdążymy się nasycić widokiem ran i szwów w czasie trwania jednego programu, możemy chwilę poczekać na drugi i wszystko spokojnie obejrzeć jeszcze raz. Uważam, że filmy stały się przysłowiowym kozłem ofiarnym bojowników o łagodną telewizję i kino, bo tak na prawdę drastyczne i zagrażające integralności psychicznej wielu widzów, (w tym całych rzesz małoletnich) są ogólnie dostępne telewizyjne programy informacyjne. Może zamiast klasyfikować filmy w których wszystko jest i tak na niby na kategorie wiekowe widzów, którzy mogą je oglądać wypadałoby się w podobny sposób zabrać za telewizyjne Wiadomości, Fakty i Informacje. Może treść filmowa programów informacyjnych emitowanych przed 22oo powinna być zupełnie inna od tej emitowanej późnym wieczorem. Może przed programem informacyjnym powinna się pojawiać plansza informująca widzów, że dany program dozwolony jest tylko dla widzów dorosłych lub o silnych nerwach i należy go oglądać w towarzystwie. Rozumiem, że nie wszyscy widzowie marzą o zostaniu Rambo czy Terminatorem i są zgorszeni widząc rozgrywające się tam sceny, ale tak samo wielu, jeżeli nie znacznie więcej widzów nie ma ochoty zostać chirurgiem, sanitariuszem a nawet kierowcą karetki pogotowia. Myślę, że najprostszym rozwiązaniem opisanego problemu będzie pozostawienie tak drastycznych filmów, jak i programów informacyjnych w spokoju i niech każdy ogląda to co lubi. Rodzice sami zdecydują co powinny oglądać ich pociechy, a co nie.
Ostrzegam, że jeżeli kampania zwalczająca tak zwane mocne filmy znowu się w Polsce rozpocznie, ja rozpocznę ze zdwojoną siłą kampanię zwalczającą sceny medyczne „na żywo” w telewizyjnych programach informacyjnych. Myślę, że będę miał bardzo wielu zwolenników, bo prawie wszyscy ludzie marzą o byciu, choć przez kilka chwil takim Rambo, ale mało kto pali się do przeszczepienia bijącego serca.
29.05.2011
28.05.2011
27.05.2011
Cedrik X
Chłodno tu, zimno, ciemno i cicho. Na razie nikt mnie jeszcze nie znalazł ale trzeba być czujnym bo te psie syny i córki wszędzie wlezą, a ja nie mogę się tak ukrywać w nieskończoność. Jak tak teraz tu sobie siedzę w kucki i marznę, a głodny jestem straszliwie to tak myślę, że wszystko mogło być inaczej, to znaczy lepiej, a właściwie o wiele lepiej. Człowiek to zawsze mądry po szkodzie, tak jak ja teraz, a wujek Aldrik twierdził, że widział takich co przed szkodą i po szkodzie byli głupi. Na skale co pod nią siedzę w te kucki, a nogi mi już potwornie zdrętwiały wyskrobałem sztyletem swoje imię, tak żeby chociaż w przyszłości wiedzieli kto tu leży. Mówią, że Cedrik to pogańskie imię, ale ja takie dostałem na chrzcie. Ksiądz podobno miał tam jakieś wątpliwości ale wujek Aldrik go przekonał, że był taki święty Cedrik a wujek to go nawet znał osobiście i nie jeden antałek śliwowicy z nim obalił w karczmie to znaczy zjedli razem beczkę soli w tej karczmie, czy coś w tym stylu. Ksiądz był pod takim wrażeniem, że od tego czasu kulał na lewą nogę a wujka Aldrika to omijał szerokim łukiem nawet jak ten ostatni leżał pijany w błocie przed karczmą i coś tam sam do siebie bełkotał między jednym a drugim rzygnięciem.
Pssst !!!! Chyba tu idą ! Nie - tylko tak mi się tylko zdawało. Nerwy po tym wszystkim zaczynają mi puszczać ale to nie dziwota - ludzka rzecz, ile nocy można wreszcie nie spać.
Jeszcze dwa tygodnie temu nic nie wskazywało, że tak się to wszystko skończy ale Wycior jak zwykle musiał mieć jeden z tych swoich pomysłów. W bandzie jest, a raczej było nas jedenastu, to znaczy Wycior nasz szef i nas dziesięciu jego chłopaków. Do bandy Wyciora trafiłem dzięki wujkowi Aldrikowi, który jako, że nie miałem ojca, to znaczy miałem ale zginął w jakiejś bitwie zaraz po moim narodzeniu (chociaż krążyły też inne wersje), traktował mnie jak swojego jedynego syna, którego on dla odmiany nigdy nie miał. Powiedział mi pewnego dnia, że dorosłem i czas abym się jakiegoś porządnego męskiego fachu nauczył. Poszliśmy razem do gospody i tam wujek pokazał mnie Wyciorowi, z którym było widać wujek nie jedną wioskę spalił, to się znaczy zjadł beczkę soli, a mi powiedział, że od tej pory będę u Wyciora terminował, a mam się go słuchać tak jak samego wujka Aldrika.
W bandzie Wyciora, którą sam wycior nazywał dumnie oddziałem a siebie dowódcą (czasami jak sobie bardziej popił to kazał do siebie mówić kapitanie) najbardziej zaprzyjaźniłem się ze Szczerbatym III i Gęsim Piórem V. Łaziliśmy trochę tak oddziałem po drogach, a najbardziej to pasowały nam te wśród gęstych lasów, a oddalone od wsi i zamków. Wycior mówił, że to wszystko co robimy jest jak najbardziej legalne i on sam dostał taki glejt od króla Laktacjusza na tą ochronę dróg leśnych. Gęsie Pióro V jako, że w papierach bywały i kiedyś podobno był nawet skrybom na jednym ze dworów, (który musiał bardzo szybko opuścić bo się tam jakieś rachunki w książęcych księgach nie zgadzały), trochę marudził, że glejtów na to co robimy to żaden król ani książę nie wydaje ale jakoś nikt go nie słuchał. Mi się tam ta robota podobała, bo wreszcie człowiek był kimś i miał szacunek u innych Jak tak wychodziliśmy w jedenastu z krzaków na trakt to każdy podróżny od razu płacił gotówką za ochronę i w dyrdy leciał prosto drogą nie oglądając się za siebie. Nigdy nie rozumiałem czemu (i gdzie) im się tak zawsze po zapłaceniu za ochronę spieszyło.
Po kilku tygodniach takiej pracy doszliśmy do wioski leżącej nieopodal katedry pod wezwaniem świętego Pankracego. Stanęliśmy w karczmie aby wydać trochę tych pieniędzy na ochronie traktów zarobionych. W karczmie u Genzeryka było bardzo wesoło. Nasłuchaliśmy się najróżniejszych opowieści o katedralnych podziemiach, skarbach, czarach i potworach, a każda opowieść była suto popita i zagryziona. Szczerbaty III zaczął grać z miejscowymi w kości bo hazardzista był z niego pierwszej wody. Chłopaki mówili, że kiedyś jakiś rycerz grał z nim w kości i coś tam mu się nie zgadzało z tymi kośćmi Szczerbatego. Grzecznie go więc poprosił żeby kości zjadł. Szczerbaty to chłop usłużny i ludziom nie odmawia, więc kości posłusznie zżarł ale od tamtego czasu coś zęby mu nie służą i ma trochę przeciągów w gębie. Po jakimś czasie przy stoliku Szczerbatego zaczął się jakiś raban i dalej to już nie wiele pamiętam tyle tylko, że mnie chłopaki wynieśli z karczmy bo ta się jakimś dziwnym trafem zapaliła.
Rano wszystkich chłopaków strasznie łby bolały ale cała nasza gromadka była szczerze zadowolona z bardzo udanego wieczoru. Wycior zapłacił Genzerykowi (bo miał jakąś słabość do tego karczmarza) za remont karczmy co ją teraz ponoć przez nas miał odbudowywać i tak w ciągu jednego dnia rozszedł się kilkutygodniowy zarobek jedenastu chłopa. Gęsie Pióro V coś tam zaczął mówić, że jest to dobra okazja, żeby wreszcie osiąść na stałe ale Szczerbaty III i reszta chłopaków wyskoczyli na niego z mordami, że od tego czytania i pisania to mu już całkiem mózg sparciał i gada jak stara baba.
Wycior jak na dobrego szefa przystało wyzwał nas od najgorszych i solidnie spłazował każdego po kolei. Wszyscy się uciszyli i od razu lepiej poczuli czując nad sobą opiekuńczą rękę szefa. Wycior zarządził zbiórkę w szeregu i odliczanie. Trzeba tu zaznaczyć, że odliczanie, którego się Wycior nauczył jak za młodu służył w wojsku u króla Laktacjusza było jego pasją. Miał co prawda duże problemy aby nas dziesięciu nauczyć dobrze odliczać bo zawsze ktoś nie pamiętał co jest po liczbie pięć czy siedem, więc każdy z nas dostał jeden numer i od tej pory nosił imię z numerem tak jak ja Cedrik X. Od tej pory nie mieliśmy żadnych problemów z odliczaniem. Wycior był z nas bardzo dumny i mówił, że na zbiórce wyglądaliśmy prawie jak oddział wojska książęcego. Gęsie Pióro V coś tam zawsze mamrotał, że nam do oddziału książęcego jak Szczerbatemu do biskupa ale nikt go nie słuchał - wiadomo pisarz.
Pssst !!!! Chyba tu idą ! Nie - tylko tak mi się tylko zdawało. Nerwy po tym wszystkim zaczynają mi puszczać ale to nie dziwota - ludzka rzecz, ile nocy można wreszcie nie spać.
Jeszcze dwa tygodnie temu nic nie wskazywało, że tak się to wszystko skończy ale Wycior jak zwykle musiał mieć jeden z tych swoich pomysłów. W bandzie jest, a raczej było nas jedenastu, to znaczy Wycior nasz szef i nas dziesięciu jego chłopaków. Do bandy Wyciora trafiłem dzięki wujkowi Aldrikowi, który jako, że nie miałem ojca, to znaczy miałem ale zginął w jakiejś bitwie zaraz po moim narodzeniu (chociaż krążyły też inne wersje), traktował mnie jak swojego jedynego syna, którego on dla odmiany nigdy nie miał. Powiedział mi pewnego dnia, że dorosłem i czas abym się jakiegoś porządnego męskiego fachu nauczył. Poszliśmy razem do gospody i tam wujek pokazał mnie Wyciorowi, z którym było widać wujek nie jedną wioskę spalił, to się znaczy zjadł beczkę soli, a mi powiedział, że od tej pory będę u Wyciora terminował, a mam się go słuchać tak jak samego wujka Aldrika.
W bandzie Wyciora, którą sam wycior nazywał dumnie oddziałem a siebie dowódcą (czasami jak sobie bardziej popił to kazał do siebie mówić kapitanie) najbardziej zaprzyjaźniłem się ze Szczerbatym III i Gęsim Piórem V. Łaziliśmy trochę tak oddziałem po drogach, a najbardziej to pasowały nam te wśród gęstych lasów, a oddalone od wsi i zamków. Wycior mówił, że to wszystko co robimy jest jak najbardziej legalne i on sam dostał taki glejt od króla Laktacjusza na tą ochronę dróg leśnych. Gęsie Pióro V jako, że w papierach bywały i kiedyś podobno był nawet skrybom na jednym ze dworów, (który musiał bardzo szybko opuścić bo się tam jakieś rachunki w książęcych księgach nie zgadzały), trochę marudził, że glejtów na to co robimy to żaden król ani książę nie wydaje ale jakoś nikt go nie słuchał. Mi się tam ta robota podobała, bo wreszcie człowiek był kimś i miał szacunek u innych Jak tak wychodziliśmy w jedenastu z krzaków na trakt to każdy podróżny od razu płacił gotówką za ochronę i w dyrdy leciał prosto drogą nie oglądając się za siebie. Nigdy nie rozumiałem czemu (i gdzie) im się tak zawsze po zapłaceniu za ochronę spieszyło.
Po kilku tygodniach takiej pracy doszliśmy do wioski leżącej nieopodal katedry pod wezwaniem świętego Pankracego. Stanęliśmy w karczmie aby wydać trochę tych pieniędzy na ochronie traktów zarobionych. W karczmie u Genzeryka było bardzo wesoło. Nasłuchaliśmy się najróżniejszych opowieści o katedralnych podziemiach, skarbach, czarach i potworach, a każda opowieść była suto popita i zagryziona. Szczerbaty III zaczął grać z miejscowymi w kości bo hazardzista był z niego pierwszej wody. Chłopaki mówili, że kiedyś jakiś rycerz grał z nim w kości i coś tam mu się nie zgadzało z tymi kośćmi Szczerbatego. Grzecznie go więc poprosił żeby kości zjadł. Szczerbaty to chłop usłużny i ludziom nie odmawia, więc kości posłusznie zżarł ale od tamtego czasu coś zęby mu nie służą i ma trochę przeciągów w gębie. Po jakimś czasie przy stoliku Szczerbatego zaczął się jakiś raban i dalej to już nie wiele pamiętam tyle tylko, że mnie chłopaki wynieśli z karczmy bo ta się jakimś dziwnym trafem zapaliła.
Rano wszystkich chłopaków strasznie łby bolały ale cała nasza gromadka była szczerze zadowolona z bardzo udanego wieczoru. Wycior zapłacił Genzerykowi (bo miał jakąś słabość do tego karczmarza) za remont karczmy co ją teraz ponoć przez nas miał odbudowywać i tak w ciągu jednego dnia rozszedł się kilkutygodniowy zarobek jedenastu chłopa. Gęsie Pióro V coś tam zaczął mówić, że jest to dobra okazja, żeby wreszcie osiąść na stałe ale Szczerbaty III i reszta chłopaków wyskoczyli na niego z mordami, że od tego czytania i pisania to mu już całkiem mózg sparciał i gada jak stara baba.
Wycior jak na dobrego szefa przystało wyzwał nas od najgorszych i solidnie spłazował każdego po kolei. Wszyscy się uciszyli i od razu lepiej poczuli czując nad sobą opiekuńczą rękę szefa. Wycior zarządził zbiórkę w szeregu i odliczanie. Trzeba tu zaznaczyć, że odliczanie, którego się Wycior nauczył jak za młodu służył w wojsku u króla Laktacjusza było jego pasją. Miał co prawda duże problemy aby nas dziesięciu nauczyć dobrze odliczać bo zawsze ktoś nie pamiętał co jest po liczbie pięć czy siedem, więc każdy z nas dostał jeden numer i od tej pory nosił imię z numerem tak jak ja Cedrik X. Od tej pory nie mieliśmy żadnych problemów z odliczaniem. Wycior był z nas bardzo dumny i mówił, że na zbiórce wyglądaliśmy prawie jak oddział wojska książęcego. Gęsie Pióro V coś tam zawsze mamrotał, że nam do oddziału książęcego jak Szczerbatemu do biskupa ale nikt go nie słuchał - wiadomo pisarz.
Na zbiórce Wycior zarządził wyprawę do katedralnych podziemi. Chłopaki nie byli na początku tym pomysłem zachwyceni ale szef ich przekonał, że będzie z tego kupa forsy a do lochów zejdziemy bardzo płytko. Zrobiliśmy regulaminowe w lewo zwrot, choć Szczerbatemu coś się strony jak zawsze pochrzaniły i ruszyliśmy do katakumb. Jak tylko zeszliśmy po schodach rzuciła się na nas horda szkieletonów. Wycior nie w ciemię bity i rzucił prawie jak w książęcym wojsku komendę do sformowania szyku. Trochę nam to opornie szło ale wreszcie wyszło. Wycior stał na przodzie, a po obu jego stronach po pięciu z każdej jak skrzydła u ptaka my - jego chłopaki. Wycior mówił, że to się nazywa trójniak i tak atakuje piechota książęca. Wbiliśmy się w gromadę szkieletonów tym trójniakiem jak nóż w masło. Wszędzie było tylko słychać suchy chrzęst łamanych kości i szczęk metalu o metal. Po kwadransie takiej roboty zrobiło się pusto i cicho. Wycior zarządził zbieranie łupów. Rozpiechrzliśmy się po lochu, każdy w inną stronę co by sobie nie przeszkadzać, bo chłopaki robią się nerwowe kiedy zbierają łupy.
Penetrowanie lochu zajęło nam godzinę. Nazbieraliśmy razem 243 sztuki złota, 5 sztyletów, dwie peleryny, jedną szablę i trochę innego papierkowego badziewia, którym zachwycał się tylko Gęsie Pióro V. Chłopaki chcieli już wracać do wioski i opić zwycięstwo ale Wycior ich przekonał, że skoro nam tak dobrze idzie to możemy zejść niżej ma się rozumieć tylko i wyłącznie w celach zwiadowczych.
Penetrowanie lochu zajęło nam godzinę. Nazbieraliśmy razem 243 sztuki złota, 5 sztyletów, dwie peleryny, jedną szablę i trochę innego papierkowego badziewia, którym zachwycał się tylko Gęsie Pióro V. Chłopaki chcieli już wracać do wioski i opić zwycięstwo ale Wycior ich przekonał, że skoro nam tak dobrze idzie to możemy zejść niżej ma się rozumieć tylko i wyłącznie w celach zwiadowczych.
Uformowaliśmy naszego trójniaka i zleźliśmy schodami na dół. Komnata na dole była bardzo podobna do tej na górze za wyjątkiem komitetu powitalnego. Naszym oczom ukazał się wielki stwór ni to goblin, ni to człowiek, za to cały różowy i z olbrzymim rzeźnickim tasakiem w ręku. Jak go zobaczyłem to się mało ze śmiechu nie posikałem ale było mi głupio przed chłopakami tak głupkowato rechotać. Facet jak nas tylko zobaczył zaraz wrzasnął „Świeże mięcho”. Szczerbaty, że był trochę przygłuchy zrozumiał to jako „wielkie szczerbo” i uznał, że gość coś do niego ma. Rzucił się więc na różowego sam bo był bardzo czuły na punkcie swoich zębów lub ich braku jak kto woli. Różowy walnął go w sam środek łba tym swoim tasakiem, tak że się Szczerbatego hełm rozpadł na dwie części, a sam szczerbaty padł zalany krwią. Takiej zniewagi bandy to znaczy oddziału Wycior nie mógł puścić płazem. Rzuciliśmy się na basiora kupom ze wszystkich stron na raz i dawaj go okładać czym kto miał. Różowy bronił się dzielnie ale był za wolny, żeby nas pokonać. Padł z głośnym plaśnięciem wśród okrzyków radości chłopaków.
Szczerbaty przeżył cios różowego. Z głowy lała mu się krew, miał rozpalone czoło, świecące oczy a z ust wydobywały mu się czerwone pęcherzyki. Nachyliłem się nad nim nisko, otarłem krew z jego twarzy i zacząłem pocieszać bo mi się chłopa szkoda zrobiło, że zaraz go zaniesiemy do wioski do Hilera, który się nim zajmie. Szczerbaty w ogóle mnie nie słuchał tylko kurczowo trzymając się za połeć mojej peleryny szeptał, że miał wizje o królu Laktacjuszu, biskupie Magnusie, i mocach piekielnych. Zaczął bredzić o demonach, magach i diabłach, a kiedy wydawało mi się, że powie wreszcie o co mu chodzi zwiotczał mi w rękach a jego oczy stały się szklisto matowe.
Żeby nie tracić czasu, pochowaliśmy Szczerbatego w jednym z licznych w podziemiach katedry sarkofagów z wszelkimi honorami wojskowymi. W spadku po Szczerbatym III dostała mi się jego piękna szabla świecąca się w czasie walki na niebiesko. Reszta chłopaków dostała inne rzeczy ale o skórzaną kurtkę nabijaną ćwiekami musieliśmy ciągnąć losy i wygrał ją Gęsie Pióro V. Do wioski choć solidnie obładowani łupami wróciliśmy w marsowych nastrojach i nawet w częściowo spalonej karczmie u Genzeryka po kilku piwach jakoś nastrój się nie kleił. Wycior poszedł pohandlować do miejscowego kowala Kwintusa i mówił, że nie sprzeda tego tasaka za mnij niż 300 sztuk złota. Tasak Rzeźnika jak go wszyscy nazwaliśmy po śmierci Szczerbatego, bo głupio było opowiadać, że zginął z ręki różowej świni latającej w samych gatkach po lochu okazał się bardzo ciężki i nikt z naszej bandy nie potrafił nim się bić…. [error 2043, error 137, error 404, text recovering procedure halted, another manuscript? Y/N]
26.05.2011
24.05.2011
Dacia i Sarmacja - różnice
Różnice pomiędzy Polską a Rumunią są najbardziej widoczne w wielkości i jakości sklepów spożywczych. W Rumunii jest o wiele mniej sklepów spożywczych niż w Polsce. Poza tym są to w ogromnej większości maleńkie sklepiki, w których wszystko podaje się przez ladę. Wybór dostępnych towarów jest niewielki i raczej dość monotonny. Jedyną widoczną siecią małych sklepów spożywczych jest sieć „Mic.ro”, która wielkością i stylem funkcjonowania odpowiada polskiej sieci „Żabka”. Sieć handlową uzupełniają potem olbrzymie hipermarkety zlokalizowane na obrzeżach miast. Nie ma tutaj tak powszechnych w Polsce sieciowych sklepów średniej wielkości typu Lidl, Biedronka, czy Netto.
W Rumunii panuje całkowita „wolna amerykanka” jeżeli chodzi o parkowanie samochodów. Wszyscy parkują wszędzie i nikt się niczym nie przejmuje. Można całkowicie zablokować chodnik zaparkowanym samochodem i nikogo to tutaj nie zdziwi. Samochody są w ogóle dla Rumunów bardzo ważne i wręcz święte. Jednym z najbardziej popularnych tutaj biznesów są wszelkiego rodzaju myjnie samochodowe, które nigdy nie narzekają na brak klientów. Nie ważna czy jeździsz starym Daewoo, czy nowiutkim Mercedesem, samochód się po prostu musi błyszczeć w słońcu.
Ciekawym rumuńskim rozwiązaniem są światła sygnalizacji drogowej połączone ze stoperem. W momencie kiedy się pali czerwone światło i czekamy na jego zmianę na zielone wyświetlany jest stoper odliczający czas w sekundach do zmiany światła. Podobnie ma się sytuacja w przypadku kiedy świeci się zielone światło, to widzimy ile jeszcze sekund zostało do jego zmiany na czerwone. Z jednej strony pozwala to na planowanie naszych manewrów drogowych (tak kierowców jak i pieszych) a z drugiej strony kreuje nerwowe reakcje kierowców, jak przy starcie formuły pierwszej kiedy do odliczenia jest mniej niż 5 sekund.
Subskrybuj:
Posty (Atom)