21.04.2012
9.04.2012
RCMP
RCMP (Royal Canadian Mountain Police) obchodzi w tym roku swoje 92
urodziny (chociaż jej tradycja sięga do roku 1868). Kanadyjska Policja nazywana
potocznie „Królewską Konną”, znana jest na całym świecie ze swoich bardzo
charakterystycznych mundurów. Funkcjonariusz ubrany w ciasno przylegający do
ciała czerwony kubrak rodem z wojen napoleońskich, szerokie ciemne bryczesy a
na głowie dumnie noszący okrągły jasny beżowy kapelusz z szerokim płaskim
rondem kojarzy się jednoznacznie z Kanadą. Tradycyjnie umundurowanych
policjantów trudno już dzisiaj spotkać na przysłowiowej kanadyjskiej ulicy, a
jedynym miejscem gdzie się jeszcze ich widuje są lotniska, na których ku
uciesze rzesz turystów powoli przechadzają się posterunkowi równomiernie
stukając o posadzkę wyglansowanymi oficerkami. Rozległość Kanady i
niedostępność dużej części jej terytorium sprawiły, że po mimo olbrzymiego
sentymentu do koni w połowie XX wieku policja konna przesiadła się na
samochody, a czerwone widowiskowe mundury zastąpiły bardziej praktyczne i o
wiele łatwiejsze w utrzymaniu niebiesko-granatowe uniformy.
Zmiana wizerunku zewnętrznego w
niczym nie wpłynęła na szacunek jakim się cieszy w społeczeństwie RCMP bo to
nie mundury, a sposób służenia ludziom tworzy wizerunek policji. Jadący po drodze
biały radiowóz z niebieskim oznakowaniem po bokach oraz niewielkim piktogramem
jeźdźca na koniu jest synonimem bezpieczeństwa i porządku publicznego. Policja
to w Kanadzie prawo, które ściga przestępców, a chroni normalnych obywateli.
Praworządność zaczyna się od prawidłowego parkowania samochodu, a przekroczenie
dopuszczalnej prędkości o 20 km/h jest traktowane tak samo poważnie jak napad
na sklep z bronią w ręku. Kiedy funkcjonariusz RCMP „wlepia” nam najzwyklejszy
mandat nie ma mowy o tłumaczeniu się, że babcia jest chora i się do niej
właśnie spieszyliśmy a właściwie to może by tak całą sprawę załatwić od ręki
bez jakiegoś tam wypisywania druczków. Można mieć inne zdanie na temat tego co
zaszło i że to nie my wymusiliśmy pierwszeństwo tylko ten drugi, ale w trakcie
wykonywania czynności służbowych nikt z policją nie dyskutuje. Po fakcie można
dochodzić swoich praw w sądzie który rozpatrzy nasz pozew szybko, sprawnie a co
najważniejsze uczciwie i „zdrowo-rozsądkowo”.
Surowość działania policji
znajduje w Kanadzie pełne poparcie społeczne. Bezwzględne ściganie przestępców
i brak pobłażania wobec wszelkich chuligańskich wybryków nie przeszkadza wolnym
uczciwym obywatelom przez całe życie nigdy nie zostać nawet poproszonym o
okazanie dowodu tożsamości, którym w Kanadzie jest przeważnie najzwyklejsze
prawo jazdy.
Dla RCMP każde wezwanie jest tak
samo ważne, a całą resztę czy było ono zasadne czy nie wyjaśnia się już na
miejscu. Wezwanie policji wiąże się z automatycznym przyjazdem pogotowia ratunkowego
i straży pożarnej, tak że wszelka ewentualna pomoc obojętnie jakiego rodzaju
zostanie nam udzielona najszybciej jak to tylko możliwe. Na miejscu może się
okazać, że całe zamieszanie jest spowodowane przez małego kotka, który wlazł na
czubek drzewa a teraz boi się zejść, a jego leciwa właścicielka cała
sparaliżowana strachem stoi pod tym drzewem i płacze. W takiej sytuacji,
strażacy grzecznie zdejmą babci kotka, policja spisze odpowiedni protokół, a
lekarz pogotowia zbada babuleńkę czy się jej coś z tych nerwów nie stało. W
przypadku braku odpowiedniej polisy ubezpieczeniowej rachunek za bezzasadne
wezwanie policji przysłany kilka dni później może być powodem jeszcze większego
niż feralnego wieczoru płaczu wiekowej właścicielki kotka.
Mrożące krew w żyłach policyjne
akcje można praktycznie rzecz biorąc oglądać tylko co tydzień w specjalnym
programie telewizyjnym, w którym są pokazywane urywki filmów video nagranych
przez funkcjonariuszy w trakcie działania. Niektóre sceny przypominają te z
filmów „Brudny Harry” kiedy na przykład radiowóz policyjny świadomie zderza się
ze ściganym samochodem aby tylko nie pozwolić mu wjechać do centrum miasta.
Jedna sekwencja we wszystkich tych filmach jest zawsze taka sama - kiedy
policjant wyjmuje broń z kabury i krzyczy do uciekającego zbira stój bo
strzelam, tamten natychmiast nieruchomieje, bo dobrze wie, że jeżeli padną
strzały będą celne i nikt nie będzie miał za to najmniejszych pretensji do
policjanta.
Normalne funkcjonowanie policji w
Kanadzie sprawia, że jest to dla Polaka bardzo dziwny kraj. Autoalarmy (o
innych środkach dodatkowego zabezpieczania samochodów nie wspominając) są tu w
ogóle nie znane, krat w oknach poza bankami się w ogóle nie widzi, a
pozostawienie pustego mieszkania na tydzień, czy dwa bo właśnie jedziemy na
urlop nie jest przyczyną stresu, zdenerwowania czy długotrwałych zmartwień.
Elewacje budynków są czyste, a sprośne napisy na ścianach i tak zwane graffiti
widzi się tylko w telewizyjnych serialach kryminalnych.
Trudno jest się przystosować do
polskich realiów po powrocie z kraju syropu klonowego. Wszechobecna
przestępczość, brutalność napastników i tumiwisizm tak zwanych organów ścigania
po prostu rozbrajają. Myślę, że gdyby zamienić miejscami polską policję z RCMP
to po tygodniu mielibyśmy w kraju porządek, a Kanadzie podobny do naszego
rozgarbiasz. Obawiam się, że Kanadyjczycy nie pójdą na taki układ i pozostaje
nam tylko mieć nadzieję, że i w Polsce będzie kiedyś normalnie a zwykły
policjant patrolujący ulicę będzie się kojarzył z prawem i porządkiem a nie z
bezsilnością oraz ogólną niemożnością.
30.03.2012
25.03.2012
Szkolna działka
Najmodniejszym
tematem ostatnich miesięcy bardzo szybko stają się narkotyki w szkole. Specjaliści
zajmujący się tą dziedziną alarmują, że już około 30% młodzieży szkolnej miało
przynajmniej raz kontakt z narkotykami. W prawie każdej polskiej szkole można
bez problemu kupić dowolne narkotyki od działających tam dilerów (tak samych uczniów jak i osób z zewnątrz). W
telewizji co rusz widzimy ambitne reportaże prezentujące oddolne inicjatywy
rodziców, którzy liczą że składając się na ochraniarzy pilnujących szkoły, w
ten sposób uratują swoje dzieci od narkotyków. W kioskach z gazetami można już
kupić testy narkotykowe pozwalające w domowym zaciszu sprawdzić, czy nasz
małolat coś brał w ciągu ostatnich dwóch dni czy może jeszcze nie. Całe to
zjawisko walki z narkomanią w szkole zaczyna przybierać rozmiary zbiorowej
histerii, dodatkowo potęgowanej przez reklamy telewizyjne pokazujące jak się
zachowuje źrenica oka narkomana w ciemności.
Kiedyś ktoś złośliwy powiedział, że
narkotyki tylko tym się różnią od papierosów i wódki, że na tych ostatnich
zarabia państwo. Jest w tym trochę prawdy i można by długo polemizować na temat
legalizacji narkotyków czy zawziętego ich zwalczania. Jedno jest pewne -
wciąganie w nałóg młodzieży szkolnej i to do tego na terenie szkoły jest jak
najbardziej karygodne. Tak się jakoś dziwnie składa, że w III RP mamy obowiązek
szkolny. Rodzice, czy chcą, czy nie muszą posłać swoje dzieci do szkoły.
Praktycznie rzecz biorąc, z nielicznymi wyjątkami wszystkie szkoły w Polsce są
państwowe. W tych państwowych szkołach pracują wykształceni przez to samo
państwo nauczyciele i pedagodzy. Rodzice oddając na ładnych parę godzin
dziennie dziecko do szkoły oddają również cały na niego wpływ i oddziaływanie
oraz całą za nie odpowiedzialność właśnie tej państwowej szkole. W związku z
tym, w pewnym uproszczeniu problem narkomanii w szkołach zawdzięczamy naszemu
państwu. To państwo zmusza nas do posyłania naszych dzieci w miejsce gdzie roi
się od narkotyków, to państwo nie radzi sobie z utrzymaniem na terenie swoich
szkół porządku i dyscypliny, to państwo wreszcie zrzuca potem cały zaistniały
problem na rodziców i szczuje ich telewizyjnymi kampaniami antynarkotykowymi.
Jeżeli nasze dziecko w trakcie
lekcji złamało by na terenie szkoły na przykład nogę to możemy upominać się o
odszkodowanie. Mało tego, jeżeli okazałoby się, że ten wypadek miał miejsce bo
nauczyciel nie dopełnił swoich obowiązków to może on dostać w sądzie nawet
kilka lat więzienia. System prawny, który reguluje takie drobne sprawy, bo w
przypadku połamanych nóg chodzi przecież o pojedyncze wypadki, zupełnie nie
zauważa problemu na skalę masową - czyli narkomanii w szkołach. Przecież łatwo
można przed sądem udowodnić, że dziecko wpadło w narkotyki w szkole, a do tego
z winy samej szkoły, która na przykład dopuściła do przebywania na jej terenie
osoby obcej zajmującej się handlem narkotykami. Oczywiście dyrektor takiej
oskarżonej szkoły zaraz by się tłumaczył, że on zrobił wszystko co było w jego
mocy ale dostał niewystarczające środki na funkcjonowanie placówki i w ogóle osaczyły
go same trudności obiektywne. W takim przypadku trzeba by iść z oskarżeniami
wyżej bo przecież organ, który nie dał wystarczających środków na funkcjonowanie
szkoły dokonał swoistego sabotażu, żeby nie powiedzieć współuczestniczył w
całej tragedii. Taki organ tłumaczyłby się pewnie w podobny sposób co dyrektor
szkoły. Obawiam się, że idąc tym śladem doszlibyśmy na sam szczyt polskiej
hierarchii rządowo-parlamentarnej, która tłumaczyłaby się w taki sam sposób jak
pozostałe ogniwa biurokratycznego łańcuszka. Szanowni panowie dyrektorzy szkół,
kuratorzy i ministrowie, a co to wszystko obchodzi rodziców dzieci zmuszonych
posyłać je do państwowych szkół. Oni chcą żeby ich pociechy po prostu uczyły
się w normalnych warunkach. Składają się na te szkoły płacąc jedne z
największych w świecie podatki i ich nie obchodzi, że są obiektywne trudności i
inne temu podobne pierdoły. W szkole dzieci i młodzież mają się uczyć, a nie
ćpać Jeżeli państwo sobie nie radzi ze szkołami, a sobie nie radzi bo widać to
na każdym kroku to niech się do tego po prostu przyzna i pozwoli ludziom
kształcić młode pokolenie na własną odpowiedzialność w prywatnych szkołach.
Jeżeli
dziecko zostało wciągnięte w narkotyki na terenie państwowej szkoły, to jest to
od razu problem ogólnonarodowy, no bo przecież nie można tej szkoły puścić z
torbami za zasądzone odszkodowanie, ani oskarżyć o strukturalną niekompetencję,
czy niewydolność, bo jest państwowa. Każde takie oskarżenie jest od razu
oskarżeniem całego państwa i jego niewydolnej struktury. Zawsze można
oczywiście zabrać naszego potomka z danej szkoły państwowej, ale jedyną
alternatywą jest taka sama inna szkoła państwowa, która boryka się z takimi
samymi trudnościami obiektywnymi i niedofinansowaniem. W momencie kiedy podobny
przypadek zdarzy się w szkole prywatnej to jest to sprawa między dwoma
obywatelami (rodzicem i właścicielem) i sąd rozsądzi kto ma rację i kto komu i
ile zapłaci. Szkoły państwowe to scentralizowany moloch z tą samą strukturą,
programem nauczania i tak samo rozczarowanymi życiem nauczycielami. Tutaj już
nic się nie zmieni na lepsze, tylko będzie trwać w tym marazmie do samego końca
- szkoły albo jej uczniów. Wolałbym aby to był koniec państwowej szkoły a nie
uczniów, bo te same dzieci i młodzież nauczane w szkołach prywatnych miałyby o
wiele większe szansę uchronić się przed narkotykami, czy coraz powszechniejszą
w szkołach państwowych falą. Patrząc na to wszystko ciągle się zastanawiam ilu
jeszcze gospodarczych i społecznych kataklizmów musimy doświadczyć aby
ostatecznie wszystkich przekonać, że im państwa w naszym życiu mniej tym dla
nas jego obywateli lepiej. Mam nadzieję, że w przyszłości kiedy już wszystkie
szkoły w Polsce będą prywatne sformułowanie „szkolna działka” będzie się
kojarzyć tylko z terenem na którym stoi budynek szkoły.
16.03.2012
11.03.2012
Fatigue Syndrom
Ludzkość choruje na
bezpieczeństwo. Po tysiącleciach burzliwego rozwoju obfitującego w wojny,
zarazy, powodzie, podboje, wyprawy, odkrycia i zdobycze na początku XXI wieku
wszyscy pragną wszechobecnego bezpieczeństwa. Po setkach pokoleń wojowników,
imperatorów, odkrywców, powstańców, rebeliantów i geniuszy mamy obecnie
pokolenie urzędników urządzające świat za pomocą kolejnych rozporządzeń w coraz
bardziej bezpieczny sposób w którym nie ma już miejsca dla wybitnych
osobowości.
Wsiadając do samochodu, który
jeszcze 80 lat temu był urządzeniem bardzo prymitywnym, a co za tym idzie
zawodnym i niebezpiecznym obecnie mamy do czynienia z pasami bezpieczeństwa,
poduszkami powietrznymi, wzmocnieniami drzwi, włączonymi światłami mijania,
ograniczeniami prędkości, badaniami techniczne itp. W razie awarii, czy wypadku
nie musimy się już martwić, czy ktoś nas w ciągu najbliższych kilkunastu lub
kilkudziesięciu godzin znajdzie, pomoże lub uratuje bo wystarczy wyjąć z
kieszeni telefon komórkowy bądź użyć CB - radio a odpowiednie służby pojawią
się błyskawicznie. Jeżeli komuś po mimo wszystkich tych udogodnień podróż
samochodem wydaje się za bardzo ryzykowna może skorzystać z kolei lub z
najbezpieczniejszego środka lokomocji jakim jest samolot.
Wszelkiego rodzaju klęski
żywiołowe, susza bądź nieurodzaj będące w dawnych czasach głównym powodem
rozwoju zapobiegliwości, myślenia daleko na przód oraz przygotowywania się do
ewentualnej katastrofy nie budzą już takiej grozy. Z jednej strony wszędzie
jesteśmy otoczeni przez firmy ubezpieczeniowe oferujące polisy na najróżniejsze
przypadłości mogące nas w życiu spotkać z tak zwanymi ubezpieczeniami na życie włącznie. Z drugiej strony całe nasze
otoczenie jest ciągle monitorowane, przez czujniki meteorologiczne, chemiczne,
fizyczne o satelitach stale fotografujących powierzchnię Ziemi nie wspominając.
Dreszcz emocji przy poznawaniu
nowego został bezpowrotnie zniszczony gdyż każde urządzenie, substancja, czy
wyrób muszą przejść skomplikowaną procedurę nim uzyskają atest lub znak
bezpieczeństwa B i zostaną dopuszczone do obrotu. Można tylko pozazdrościć
dawnym zdobywcom i odkrywcom ich wolności bo dzisiaj nim cokolwiek się
zdobędzie lub odkryje trzeba mieć w ręku cały plik uprawnień, pozwoleń
patentów, kart i licencji.
Niebezpieczny świat w którym żyli
nasi przodkowie, choć może na pierwszy rzut oka wydać się brutalny i drastyczny
miał jedną niezaprzeczalną zaletę - zmuszał do działania. Jeżeli byłeś
pracowity, przewidujący, zapobiegliwy i oszczędny miałeś o wiele większą szansę
przeżycia niż jakiś nierób, pijak, łazęga czy inny niebieski ptak. W tym
niebezpiecznym świecie codziennie trwał najzwyczajniejszy wielokryterialny
dobór naturalny i ludzkość się rozwijała. Dzisiaj doszliśmy do etapu w którym
praktycznie rzecz biorąc wszystko jest bezpieczne, sprawdzone i uporządkowane.
Nawet choroby dziesiątkujące niegdyś ludność całych kontynentów są obecnie
uleczalne a jak by tego było mało można nawet się na większość z nich
zaszczepić. Poczucie wszechstronnego bezpieczeństwa zwalnia ludzi z myślenia,
bo w bezpiecznym świecie bezmyślność nie grozi
głodem, chorobą, kalectwem czy śmiercią.
Patrząc na cała sprawę z perspektywy kilku bądź kilkunastu tysięcy lat
można z powodzeniem stwierdzić, że ludzkość pozbawiona motywacji do myślenia
zdegeneruje się i po milionie lat panowania na Ziemi wróci na drzewa. „Na
szczęście” dla rodzaju ludzkiego co jakiś czas pojawią się zjawiska
nieprzewidywalne i niebezpieczne, które burzą dotychczasowy porządek i część
ludzi znowu zaczyna myśleć samodzielnie o swojej przyszłości.
Fatigue Syndrom jest to choroba,
która polega na tym, że czujemy się potwornie zmęczeni pomimo tego, że nic nie
robiliśmy. Brzmi to może trochę komicznie ale dla osoby chorej na Fatigue
Syndrom to wcale nie jest śmieszne, że przez najwyżej dwa dni w tygodniu może
normalnie żyć, a przez resztę tygodnia czuje się potwornie zmęczona. Można
sobie tylko wyobrazić jak ciężko w takim wypadku wytłumaczyć lekarzowi, że coś
z nami jest na prawdę nie tak.
Fatigue Syndrom stał się na tyle
częstym zjawiskiem, że w niektórych prowincjach Kanady został już oficjalnie
wpisany do rejestru chorób i dostaje się na niego normalne zwolnienie
lekarskie. Naukowcy rzucili się od razu do badania tej jednostki chorobowej bo
jest oczywiste, że ten który wyjaśni jej mechanizm jako pierwszy ma Nobla w
kieszeni. Póki co badania trwają, chorzy czują się potwornie zmęczeni przez
większą część tygodnia choć nic nie robią, a nieoficjalnie się przebąkuje, że
przyczyną choroby są szczepionki, a raczej to co z nich w człowieku po
kilkunastu latach pozostaje. Ludzie coraz częściej są faszerowani i sami się
faszerują coraz większą ilością szczepionek ale nic nie pozostaje bez śladu w
naszym organizmie.
Okazuje się, że natura nie lubi
sztuczności i zawsze prędzej czy później znajdzie jakieś wyjście z ewolucyjnego
zastoju serwując ludziom kolejny kataklizm bądź chorobę. Pomimo globalnego
dążenia do bezpieczeństwa za wszelką cenę myślę, że myślenie ma ogromną
przyszłość. Ewolucyjny wyścig wygrają jednostki nieszablonowe, myślące
samodzielnie i pomysłowe, które na przykład nie dadzą się na coś tam zaszczepić
lub nie będą jak wszyscy pić witamin codziennie rano. Ziemia zna już takie
przypadki kiedy cały gatunek przetrwał dzięki kilku niestereotypowym osobnikom.
Dobrym przykładem są żółwie jednej z wysp Pacyfiku, gdzie pewnego lata krótki
pożar strawił całe trawiaste poszycie na lądzie. Żółwie, które przetrwały pożar
miały problem z jedzeniem, którego nie było. Przeżyły tylko osobniki, które
posiadały bardziej niż reszta wygiętą przy głowie skorupę i dzięki temu mogły
jeść zielone liście niskich drzew. Dzisiaj wszystkie żółwie na tej wyspie mają
tak głęboko wygiętą skorupę.
Mój kolega zaszczepił się w tym
roku przeciw grypie i bardzo sobie chwali tą szczepionkę, wygląda bardzo zdrowo
i trudno jest go zmęczyć. Często podciągając nosem lejący się katar zazdroszczę
mu tej nabytej dzięki szczepionce odporności ale tak sobie myślę, że po mimo
wszystko ja się chyba nie zaszczepię.
8.03.2012
4.03.2012
Pakt wojskowy z Rumunią
Pakt wojskowy z Rumunią, którego głównym architektem ze strony polskiej był pułkownik Dzierżykraj-Morawski (swoją drogą bardzo barwna postać XX-lecia międzywojennego) miał swój początek już w 1926 roku. Pakt ten od samego początku był paktem o charakterze obronnym na wypadek agresji Sowietów na jedną ze stron paktu. Zarówno II RP jak i Rumunia miały długą granicę z Sowietami i tak samo obawiały się agresji stale rosnącego w siłę sąsiada. W ramach paktu Polska regularnie przekazywała uzbrojenie, które wychodziło z użycia w Wojsku Polskim (przeważnie sprzęt przestarzały technicznie), który dla Rumunów był ciągle cenny i pozwalał na dozbrojenie dość słabej armii rumuńskiej (o czym potem gruntownie przekonano się na froncie wschodnim pod Stalingradem). Oprócz tego linia kolejowa łącząca oba kraje została rozbudowana do dwóch torów, a z Warszawy do Bukaresztu latał codziennie samolot rejsowy PLL LOT, który miał międzylądowanie we Lwowie. Loty tym samolotem reklamowano hasłem „Śniadanie w Warszawie, obiad we Lwowie, a kolacja w Bukareszcie”. Dobre stosunki z Rumunią pozwalały na bardziej pewne patrzenie na Wschód, ale nie obejmowały one jednak ewentualnej wojny z Niemcami. Rumunii zastrzegli sobie w traktacie, że wszystkie ustalenia nie dotyczą wojny z Niemcami. Pretensje do Rumunii, że nam nie pomogła we wrześniu 1939 są zupełnie bezpodstawne gdyż w ogóle nie była ona do tego zobowiązana. 17 września gdy Sowieci wkroczyli w granice II RP było już „po sprawie”, a wojna była już światowa.
29.02.2012
29.06.2011
Karabin przeciwpancerny wzór 35
Wbrew pozorom, w 1939 roku Wojsko Polskie miało na swoim wyposażeniu lekką i skuteczną broń do zwalczania czołgów. Bronią tą był karabin przeciwpancerny wzór 35 na pociski pełnopłaszczowe zbliżone do zwykłych pocisków kalibru 7,92 milimetra. Pociski te osiągały predkość 1250 m/s (dzięki specjalnemu prochowi i bardzo długiej lufie) co pozwalało na efektywne zwalczanie wszystkich ówczesnych czołgów (zarówno niemieckich jak i radzieckich – grubość pancerza od 15 do 30mm). Pocisk nie przebijał pancerza, lecz rozpłaszczał się na jego powierzchni i wybijał w niem „korek” o średnicy około 2 centymetrów. Do momentu wybuchu wojny wojsko otrzymało ponad 3500 egzemplarzy tej broni. Broń tą okryto tak wielką tajemnicą że bardzo mało osób w ogóle wiedziało o jej istnieniu. Skrzynie z karabinami ppanc wz 35 opatrywano napisami typu: „Nie wolno otwierać – sprzęt mierniczy” albo „Otworzyć tylko na wypadek wojny”. Do momentu wybuchu wojny tylko niewielka ilość żołnierzy została przeszkolona w obsłudze karabinu a kadra oficerska w ogóle nie była przeszkolona w zakresie taktyki stosowania tej broni na polu walki. Efekt był taki, że we wrześniu 1939 roku tylko w nielicznych miejscach karabiny ppanc wz 35 zostały użyte przeciw pancernym siłą niemieckicm. W tych nielicznych przypadkach Niemcy byli całkowicie zaskoczeni i z regóły odparci ponosząc duże straty. Tajność towarzysząca karabinowi ppanc zaprzepaściła możliwość jego szerokiego i skutecznego wykorzystania w trakcie kampanii wrześniowej. Ta lekka broń przeciwpancerna, której obsługę stanowiło dwóch żołnierzy stanowiła cenne uzupełnienie siły ogniowe piechoty i dawała realne szanse na odparcie natarcia pancernego przeciwnika.
Subskrybuj:
Posty (Atom)