25.03.2012

Szkolna działka


Najmodniejszym tematem ostatnich miesięcy bardzo szybko stają się narkotyki w szkole. Specjaliści zajmujący się tą dziedziną alarmują, że już około 30% młodzieży szkolnej miało przynajmniej raz kontakt z narkotykami. W prawie każdej polskiej szkole można bez problemu kupić dowolne narkotyki od działających tam dilerów  (tak samych uczniów jak i osób z zewnątrz). W telewizji co rusz widzimy ambitne reportaże prezentujące oddolne inicjatywy rodziców, którzy liczą że składając się na ochraniarzy pilnujących szkoły, w ten sposób uratują swoje dzieci od narkotyków. W kioskach z gazetami można już kupić testy narkotykowe pozwalające w domowym zaciszu sprawdzić, czy nasz małolat coś brał w ciągu ostatnich dwóch dni czy może jeszcze nie. Całe to zjawisko walki z narkomanią w szkole zaczyna przybierać rozmiary zbiorowej histerii, dodatkowo potęgowanej przez reklamy telewizyjne pokazujące jak się zachowuje źrenica oka narkomana w ciemności.
            Kiedyś ktoś złośliwy powiedział, że narkotyki tylko tym się różnią od papierosów i wódki, że na tych ostatnich zarabia państwo. Jest w tym trochę prawdy i można by długo polemizować na temat legalizacji narkotyków czy zawziętego ich zwalczania. Jedno jest pewne - wciąganie w nałóg młodzieży szkolnej i to do tego na terenie szkoły jest jak najbardziej karygodne. Tak się jakoś dziwnie składa, że w III RP mamy obowiązek szkolny. Rodzice, czy chcą, czy nie muszą posłać swoje dzieci do szkoły. Praktycznie rzecz biorąc, z nielicznymi wyjątkami wszystkie szkoły w Polsce są państwowe. W tych państwowych szkołach pracują wykształceni przez to samo państwo nauczyciele i pedagodzy. Rodzice oddając na ładnych parę godzin dziennie dziecko do szkoły oddają również cały na niego wpływ i oddziaływanie oraz całą za nie odpowiedzialność właśnie tej państwowej szkole. W związku z tym, w pewnym uproszczeniu problem narkomanii w szkołach zawdzięczamy naszemu państwu. To państwo zmusza nas do posyłania naszych dzieci w miejsce gdzie roi się od narkotyków, to państwo nie radzi sobie z utrzymaniem na terenie swoich szkół porządku i dyscypliny, to państwo wreszcie zrzuca potem cały zaistniały problem na rodziców i szczuje ich telewizyjnymi kampaniami antynarkotykowymi.
            Jeżeli nasze dziecko w trakcie lekcji złamało by na terenie szkoły na przykład nogę to możemy upominać się o odszkodowanie. Mało tego, jeżeli okazałoby się, że ten wypadek miał miejsce bo nauczyciel nie dopełnił swoich obowiązków to może on dostać w sądzie nawet kilka lat więzienia. System prawny, który reguluje takie drobne sprawy, bo w przypadku połamanych nóg chodzi przecież o pojedyncze wypadki, zupełnie nie zauważa problemu na skalę masową - czyli narkomanii w szkołach. Przecież łatwo można przed sądem udowodnić, że dziecko wpadło w narkotyki w szkole, a do tego z winy samej szkoły, która na przykład dopuściła do przebywania na jej terenie osoby obcej zajmującej się handlem narkotykami. Oczywiście dyrektor takiej oskarżonej szkoły zaraz by się tłumaczył, że on zrobił wszystko co było w jego mocy ale dostał niewystarczające środki na funkcjonowanie placówki i w ogóle osaczyły go same trudności obiektywne. W takim przypadku trzeba by iść z oskarżeniami wyżej bo przecież organ, który nie dał wystarczających środków na funkcjonowanie szkoły dokonał swoistego sabotażu, żeby nie powiedzieć współuczestniczył w całej tragedii. Taki organ tłumaczyłby się pewnie w podobny sposób co dyrektor szkoły. Obawiam się, że idąc tym śladem doszlibyśmy na sam szczyt polskiej hierarchii rządowo-parlamentarnej, która tłumaczyłaby się w taki sam sposób jak pozostałe ogniwa biurokratycznego łańcuszka. Szanowni panowie dyrektorzy szkół, kuratorzy i ministrowie, a co to wszystko obchodzi rodziców dzieci zmuszonych posyłać je do państwowych szkół. Oni chcą żeby ich pociechy po prostu uczyły się w normalnych warunkach. Składają się na te szkoły płacąc jedne z największych w świecie podatki i ich nie obchodzi, że są obiektywne trudności i inne temu podobne pierdoły. W szkole dzieci i młodzież mają się uczyć, a nie ćpać Jeżeli państwo sobie nie radzi ze szkołami, a sobie nie radzi bo widać to na każdym kroku to niech się do tego po prostu przyzna i pozwoli ludziom kształcić młode pokolenie na własną odpowiedzialność w prywatnych szkołach. 
Jeżeli dziecko zostało wciągnięte w narkotyki na terenie państwowej szkoły, to jest to od razu problem ogólnonarodowy, no bo przecież nie można tej szkoły puścić z torbami za zasądzone odszkodowanie, ani oskarżyć o strukturalną niekompetencję, czy niewydolność, bo jest państwowa. Każde takie oskarżenie jest od razu oskarżeniem całego państwa i jego niewydolnej struktury. Zawsze można oczywiście zabrać naszego potomka z danej szkoły państwowej, ale jedyną alternatywą jest taka sama inna szkoła państwowa, która boryka się z takimi samymi trudnościami obiektywnymi i niedofinansowaniem. W momencie kiedy podobny przypadek zdarzy się w szkole prywatnej to jest to sprawa między dwoma obywatelami (rodzicem i właścicielem) i sąd rozsądzi kto ma rację i kto komu i ile zapłaci. Szkoły państwowe to scentralizowany moloch z tą samą strukturą, programem nauczania i tak samo rozczarowanymi życiem nauczycielami. Tutaj już nic się nie zmieni na lepsze, tylko będzie trwać w tym marazmie do samego końca - szkoły albo jej uczniów. Wolałbym aby to był koniec państwowej szkoły a nie uczniów, bo te same dzieci i młodzież nauczane w szkołach prywatnych miałyby o wiele większe szansę uchronić się przed narkotykami, czy coraz powszechniejszą w szkołach państwowych falą. Patrząc na to wszystko ciągle się zastanawiam ilu jeszcze gospodarczych i społecznych kataklizmów musimy doświadczyć aby ostatecznie wszystkich przekonać, że im państwa w naszym życiu mniej tym dla nas jego obywateli lepiej. Mam nadzieję, że w przyszłości kiedy już wszystkie szkoły w Polsce będą prywatne sformułowanie „szkolna działka” będzie się kojarzyć tylko z terenem na którym stoi budynek szkoły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz