Najmodniejszym
tematem ostatnich miesięcy bardzo szybko stają się narkotyki w szkole. Specjaliści
zajmujący się tą dziedziną alarmują, że już około 30% młodzieży szkolnej miało
przynajmniej raz kontakt z narkotykami. W prawie każdej polskiej szkole można
bez problemu kupić dowolne narkotyki od działających tam dilerów (tak samych uczniów jak i osób z zewnątrz). W
telewizji co rusz widzimy ambitne reportaże prezentujące oddolne inicjatywy
rodziców, którzy liczą że składając się na ochraniarzy pilnujących szkoły, w
ten sposób uratują swoje dzieci od narkotyków. W kioskach z gazetami można już
kupić testy narkotykowe pozwalające w domowym zaciszu sprawdzić, czy nasz
małolat coś brał w ciągu ostatnich dwóch dni czy może jeszcze nie. Całe to
zjawisko walki z narkomanią w szkole zaczyna przybierać rozmiary zbiorowej
histerii, dodatkowo potęgowanej przez reklamy telewizyjne pokazujące jak się
zachowuje źrenica oka narkomana w ciemności.
Kiedyś ktoś złośliwy powiedział, że
narkotyki tylko tym się różnią od papierosów i wódki, że na tych ostatnich
zarabia państwo. Jest w tym trochę prawdy i można by długo polemizować na temat
legalizacji narkotyków czy zawziętego ich zwalczania. Jedno jest pewne -
wciąganie w nałóg młodzieży szkolnej i to do tego na terenie szkoły jest jak
najbardziej karygodne. Tak się jakoś dziwnie składa, że w III RP mamy obowiązek
szkolny. Rodzice, czy chcą, czy nie muszą posłać swoje dzieci do szkoły.
Praktycznie rzecz biorąc, z nielicznymi wyjątkami wszystkie szkoły w Polsce są
państwowe. W tych państwowych szkołach pracują wykształceni przez to samo
państwo nauczyciele i pedagodzy. Rodzice oddając na ładnych parę godzin
dziennie dziecko do szkoły oddają również cały na niego wpływ i oddziaływanie
oraz całą za nie odpowiedzialność właśnie tej państwowej szkole. W związku z
tym, w pewnym uproszczeniu problem narkomanii w szkołach zawdzięczamy naszemu
państwu. To państwo zmusza nas do posyłania naszych dzieci w miejsce gdzie roi
się od narkotyków, to państwo nie radzi sobie z utrzymaniem na terenie swoich
szkół porządku i dyscypliny, to państwo wreszcie zrzuca potem cały zaistniały
problem na rodziców i szczuje ich telewizyjnymi kampaniami antynarkotykowymi.
Jeżeli nasze dziecko w trakcie
lekcji złamało by na terenie szkoły na przykład nogę to możemy upominać się o
odszkodowanie. Mało tego, jeżeli okazałoby się, że ten wypadek miał miejsce bo
nauczyciel nie dopełnił swoich obowiązków to może on dostać w sądzie nawet
kilka lat więzienia. System prawny, który reguluje takie drobne sprawy, bo w
przypadku połamanych nóg chodzi przecież o pojedyncze wypadki, zupełnie nie
zauważa problemu na skalę masową - czyli narkomanii w szkołach. Przecież łatwo
można przed sądem udowodnić, że dziecko wpadło w narkotyki w szkole, a do tego
z winy samej szkoły, która na przykład dopuściła do przebywania na jej terenie
osoby obcej zajmującej się handlem narkotykami. Oczywiście dyrektor takiej
oskarżonej szkoły zaraz by się tłumaczył, że on zrobił wszystko co było w jego
mocy ale dostał niewystarczające środki na funkcjonowanie placówki i w ogóle osaczyły
go same trudności obiektywne. W takim przypadku trzeba by iść z oskarżeniami
wyżej bo przecież organ, który nie dał wystarczających środków na funkcjonowanie
szkoły dokonał swoistego sabotażu, żeby nie powiedzieć współuczestniczył w
całej tragedii. Taki organ tłumaczyłby się pewnie w podobny sposób co dyrektor
szkoły. Obawiam się, że idąc tym śladem doszlibyśmy na sam szczyt polskiej
hierarchii rządowo-parlamentarnej, która tłumaczyłaby się w taki sam sposób jak
pozostałe ogniwa biurokratycznego łańcuszka. Szanowni panowie dyrektorzy szkół,
kuratorzy i ministrowie, a co to wszystko obchodzi rodziców dzieci zmuszonych
posyłać je do państwowych szkół. Oni chcą żeby ich pociechy po prostu uczyły
się w normalnych warunkach. Składają się na te szkoły płacąc jedne z
największych w świecie podatki i ich nie obchodzi, że są obiektywne trudności i
inne temu podobne pierdoły. W szkole dzieci i młodzież mają się uczyć, a nie
ćpać Jeżeli państwo sobie nie radzi ze szkołami, a sobie nie radzi bo widać to
na każdym kroku to niech się do tego po prostu przyzna i pozwoli ludziom
kształcić młode pokolenie na własną odpowiedzialność w prywatnych szkołach.
Jeżeli
dziecko zostało wciągnięte w narkotyki na terenie państwowej szkoły, to jest to
od razu problem ogólnonarodowy, no bo przecież nie można tej szkoły puścić z
torbami za zasądzone odszkodowanie, ani oskarżyć o strukturalną niekompetencję,
czy niewydolność, bo jest państwowa. Każde takie oskarżenie jest od razu
oskarżeniem całego państwa i jego niewydolnej struktury. Zawsze można
oczywiście zabrać naszego potomka z danej szkoły państwowej, ale jedyną
alternatywą jest taka sama inna szkoła państwowa, która boryka się z takimi
samymi trudnościami obiektywnymi i niedofinansowaniem. W momencie kiedy podobny
przypadek zdarzy się w szkole prywatnej to jest to sprawa między dwoma
obywatelami (rodzicem i właścicielem) i sąd rozsądzi kto ma rację i kto komu i
ile zapłaci. Szkoły państwowe to scentralizowany moloch z tą samą strukturą,
programem nauczania i tak samo rozczarowanymi życiem nauczycielami. Tutaj już
nic się nie zmieni na lepsze, tylko będzie trwać w tym marazmie do samego końca
- szkoły albo jej uczniów. Wolałbym aby to był koniec państwowej szkoły a nie
uczniów, bo te same dzieci i młodzież nauczane w szkołach prywatnych miałyby o
wiele większe szansę uchronić się przed narkotykami, czy coraz powszechniejszą
w szkołach państwowych falą. Patrząc na to wszystko ciągle się zastanawiam ilu
jeszcze gospodarczych i społecznych kataklizmów musimy doświadczyć aby
ostatecznie wszystkich przekonać, że im państwa w naszym życiu mniej tym dla
nas jego obywateli lepiej. Mam nadzieję, że w przyszłości kiedy już wszystkie
szkoły w Polsce będą prywatne sformułowanie „szkolna działka” będzie się
kojarzyć tylko z terenem na którym stoi budynek szkoły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz