30.03.2012
25.03.2012
Szkolna działka
Najmodniejszym
tematem ostatnich miesięcy bardzo szybko stają się narkotyki w szkole. Specjaliści
zajmujący się tą dziedziną alarmują, że już około 30% młodzieży szkolnej miało
przynajmniej raz kontakt z narkotykami. W prawie każdej polskiej szkole można
bez problemu kupić dowolne narkotyki od działających tam dilerów (tak samych uczniów jak i osób z zewnątrz). W
telewizji co rusz widzimy ambitne reportaże prezentujące oddolne inicjatywy
rodziców, którzy liczą że składając się na ochraniarzy pilnujących szkoły, w
ten sposób uratują swoje dzieci od narkotyków. W kioskach z gazetami można już
kupić testy narkotykowe pozwalające w domowym zaciszu sprawdzić, czy nasz
małolat coś brał w ciągu ostatnich dwóch dni czy może jeszcze nie. Całe to
zjawisko walki z narkomanią w szkole zaczyna przybierać rozmiary zbiorowej
histerii, dodatkowo potęgowanej przez reklamy telewizyjne pokazujące jak się
zachowuje źrenica oka narkomana w ciemności.
Kiedyś ktoś złośliwy powiedział, że
narkotyki tylko tym się różnią od papierosów i wódki, że na tych ostatnich
zarabia państwo. Jest w tym trochę prawdy i można by długo polemizować na temat
legalizacji narkotyków czy zawziętego ich zwalczania. Jedno jest pewne -
wciąganie w nałóg młodzieży szkolnej i to do tego na terenie szkoły jest jak
najbardziej karygodne. Tak się jakoś dziwnie składa, że w III RP mamy obowiązek
szkolny. Rodzice, czy chcą, czy nie muszą posłać swoje dzieci do szkoły.
Praktycznie rzecz biorąc, z nielicznymi wyjątkami wszystkie szkoły w Polsce są
państwowe. W tych państwowych szkołach pracują wykształceni przez to samo
państwo nauczyciele i pedagodzy. Rodzice oddając na ładnych parę godzin
dziennie dziecko do szkoły oddają również cały na niego wpływ i oddziaływanie
oraz całą za nie odpowiedzialność właśnie tej państwowej szkole. W związku z
tym, w pewnym uproszczeniu problem narkomanii w szkołach zawdzięczamy naszemu
państwu. To państwo zmusza nas do posyłania naszych dzieci w miejsce gdzie roi
się od narkotyków, to państwo nie radzi sobie z utrzymaniem na terenie swoich
szkół porządku i dyscypliny, to państwo wreszcie zrzuca potem cały zaistniały
problem na rodziców i szczuje ich telewizyjnymi kampaniami antynarkotykowymi.
Jeżeli nasze dziecko w trakcie
lekcji złamało by na terenie szkoły na przykład nogę to możemy upominać się o
odszkodowanie. Mało tego, jeżeli okazałoby się, że ten wypadek miał miejsce bo
nauczyciel nie dopełnił swoich obowiązków to może on dostać w sądzie nawet
kilka lat więzienia. System prawny, który reguluje takie drobne sprawy, bo w
przypadku połamanych nóg chodzi przecież o pojedyncze wypadki, zupełnie nie
zauważa problemu na skalę masową - czyli narkomanii w szkołach. Przecież łatwo
można przed sądem udowodnić, że dziecko wpadło w narkotyki w szkole, a do tego
z winy samej szkoły, która na przykład dopuściła do przebywania na jej terenie
osoby obcej zajmującej się handlem narkotykami. Oczywiście dyrektor takiej
oskarżonej szkoły zaraz by się tłumaczył, że on zrobił wszystko co było w jego
mocy ale dostał niewystarczające środki na funkcjonowanie placówki i w ogóle osaczyły
go same trudności obiektywne. W takim przypadku trzeba by iść z oskarżeniami
wyżej bo przecież organ, który nie dał wystarczających środków na funkcjonowanie
szkoły dokonał swoistego sabotażu, żeby nie powiedzieć współuczestniczył w
całej tragedii. Taki organ tłumaczyłby się pewnie w podobny sposób co dyrektor
szkoły. Obawiam się, że idąc tym śladem doszlibyśmy na sam szczyt polskiej
hierarchii rządowo-parlamentarnej, która tłumaczyłaby się w taki sam sposób jak
pozostałe ogniwa biurokratycznego łańcuszka. Szanowni panowie dyrektorzy szkół,
kuratorzy i ministrowie, a co to wszystko obchodzi rodziców dzieci zmuszonych
posyłać je do państwowych szkół. Oni chcą żeby ich pociechy po prostu uczyły
się w normalnych warunkach. Składają się na te szkoły płacąc jedne z
największych w świecie podatki i ich nie obchodzi, że są obiektywne trudności i
inne temu podobne pierdoły. W szkole dzieci i młodzież mają się uczyć, a nie
ćpać Jeżeli państwo sobie nie radzi ze szkołami, a sobie nie radzi bo widać to
na każdym kroku to niech się do tego po prostu przyzna i pozwoli ludziom
kształcić młode pokolenie na własną odpowiedzialność w prywatnych szkołach.
Jeżeli
dziecko zostało wciągnięte w narkotyki na terenie państwowej szkoły, to jest to
od razu problem ogólnonarodowy, no bo przecież nie można tej szkoły puścić z
torbami za zasądzone odszkodowanie, ani oskarżyć o strukturalną niekompetencję,
czy niewydolność, bo jest państwowa. Każde takie oskarżenie jest od razu
oskarżeniem całego państwa i jego niewydolnej struktury. Zawsze można
oczywiście zabrać naszego potomka z danej szkoły państwowej, ale jedyną
alternatywą jest taka sama inna szkoła państwowa, która boryka się z takimi
samymi trudnościami obiektywnymi i niedofinansowaniem. W momencie kiedy podobny
przypadek zdarzy się w szkole prywatnej to jest to sprawa między dwoma
obywatelami (rodzicem i właścicielem) i sąd rozsądzi kto ma rację i kto komu i
ile zapłaci. Szkoły państwowe to scentralizowany moloch z tą samą strukturą,
programem nauczania i tak samo rozczarowanymi życiem nauczycielami. Tutaj już
nic się nie zmieni na lepsze, tylko będzie trwać w tym marazmie do samego końca
- szkoły albo jej uczniów. Wolałbym aby to był koniec państwowej szkoły a nie
uczniów, bo te same dzieci i młodzież nauczane w szkołach prywatnych miałyby o
wiele większe szansę uchronić się przed narkotykami, czy coraz powszechniejszą
w szkołach państwowych falą. Patrząc na to wszystko ciągle się zastanawiam ilu
jeszcze gospodarczych i społecznych kataklizmów musimy doświadczyć aby
ostatecznie wszystkich przekonać, że im państwa w naszym życiu mniej tym dla
nas jego obywateli lepiej. Mam nadzieję, że w przyszłości kiedy już wszystkie
szkoły w Polsce będą prywatne sformułowanie „szkolna działka” będzie się
kojarzyć tylko z terenem na którym stoi budynek szkoły.
16.03.2012
11.03.2012
Fatigue Syndrom
Ludzkość choruje na
bezpieczeństwo. Po tysiącleciach burzliwego rozwoju obfitującego w wojny,
zarazy, powodzie, podboje, wyprawy, odkrycia i zdobycze na początku XXI wieku
wszyscy pragną wszechobecnego bezpieczeństwa. Po setkach pokoleń wojowników,
imperatorów, odkrywców, powstańców, rebeliantów i geniuszy mamy obecnie
pokolenie urzędników urządzające świat za pomocą kolejnych rozporządzeń w coraz
bardziej bezpieczny sposób w którym nie ma już miejsca dla wybitnych
osobowości.
Wsiadając do samochodu, który
jeszcze 80 lat temu był urządzeniem bardzo prymitywnym, a co za tym idzie
zawodnym i niebezpiecznym obecnie mamy do czynienia z pasami bezpieczeństwa,
poduszkami powietrznymi, wzmocnieniami drzwi, włączonymi światłami mijania,
ograniczeniami prędkości, badaniami techniczne itp. W razie awarii, czy wypadku
nie musimy się już martwić, czy ktoś nas w ciągu najbliższych kilkunastu lub
kilkudziesięciu godzin znajdzie, pomoże lub uratuje bo wystarczy wyjąć z
kieszeni telefon komórkowy bądź użyć CB - radio a odpowiednie służby pojawią
się błyskawicznie. Jeżeli komuś po mimo wszystkich tych udogodnień podróż
samochodem wydaje się za bardzo ryzykowna może skorzystać z kolei lub z
najbezpieczniejszego środka lokomocji jakim jest samolot.
Wszelkiego rodzaju klęski
żywiołowe, susza bądź nieurodzaj będące w dawnych czasach głównym powodem
rozwoju zapobiegliwości, myślenia daleko na przód oraz przygotowywania się do
ewentualnej katastrofy nie budzą już takiej grozy. Z jednej strony wszędzie
jesteśmy otoczeni przez firmy ubezpieczeniowe oferujące polisy na najróżniejsze
przypadłości mogące nas w życiu spotkać z tak zwanymi ubezpieczeniami na życie włącznie. Z drugiej strony całe nasze
otoczenie jest ciągle monitorowane, przez czujniki meteorologiczne, chemiczne,
fizyczne o satelitach stale fotografujących powierzchnię Ziemi nie wspominając.
Dreszcz emocji przy poznawaniu
nowego został bezpowrotnie zniszczony gdyż każde urządzenie, substancja, czy
wyrób muszą przejść skomplikowaną procedurę nim uzyskają atest lub znak
bezpieczeństwa B i zostaną dopuszczone do obrotu. Można tylko pozazdrościć
dawnym zdobywcom i odkrywcom ich wolności bo dzisiaj nim cokolwiek się
zdobędzie lub odkryje trzeba mieć w ręku cały plik uprawnień, pozwoleń
patentów, kart i licencji.
Niebezpieczny świat w którym żyli
nasi przodkowie, choć może na pierwszy rzut oka wydać się brutalny i drastyczny
miał jedną niezaprzeczalną zaletę - zmuszał do działania. Jeżeli byłeś
pracowity, przewidujący, zapobiegliwy i oszczędny miałeś o wiele większą szansę
przeżycia niż jakiś nierób, pijak, łazęga czy inny niebieski ptak. W tym
niebezpiecznym świecie codziennie trwał najzwyczajniejszy wielokryterialny
dobór naturalny i ludzkość się rozwijała. Dzisiaj doszliśmy do etapu w którym
praktycznie rzecz biorąc wszystko jest bezpieczne, sprawdzone i uporządkowane.
Nawet choroby dziesiątkujące niegdyś ludność całych kontynentów są obecnie
uleczalne a jak by tego było mało można nawet się na większość z nich
zaszczepić. Poczucie wszechstronnego bezpieczeństwa zwalnia ludzi z myślenia,
bo w bezpiecznym świecie bezmyślność nie grozi
głodem, chorobą, kalectwem czy śmiercią.
Patrząc na cała sprawę z perspektywy kilku bądź kilkunastu tysięcy lat
można z powodzeniem stwierdzić, że ludzkość pozbawiona motywacji do myślenia
zdegeneruje się i po milionie lat panowania na Ziemi wróci na drzewa. „Na
szczęście” dla rodzaju ludzkiego co jakiś czas pojawią się zjawiska
nieprzewidywalne i niebezpieczne, które burzą dotychczasowy porządek i część
ludzi znowu zaczyna myśleć samodzielnie o swojej przyszłości.
Fatigue Syndrom jest to choroba,
która polega na tym, że czujemy się potwornie zmęczeni pomimo tego, że nic nie
robiliśmy. Brzmi to może trochę komicznie ale dla osoby chorej na Fatigue
Syndrom to wcale nie jest śmieszne, że przez najwyżej dwa dni w tygodniu może
normalnie żyć, a przez resztę tygodnia czuje się potwornie zmęczona. Można
sobie tylko wyobrazić jak ciężko w takim wypadku wytłumaczyć lekarzowi, że coś
z nami jest na prawdę nie tak.
Fatigue Syndrom stał się na tyle
częstym zjawiskiem, że w niektórych prowincjach Kanady został już oficjalnie
wpisany do rejestru chorób i dostaje się na niego normalne zwolnienie
lekarskie. Naukowcy rzucili się od razu do badania tej jednostki chorobowej bo
jest oczywiste, że ten który wyjaśni jej mechanizm jako pierwszy ma Nobla w
kieszeni. Póki co badania trwają, chorzy czują się potwornie zmęczeni przez
większą część tygodnia choć nic nie robią, a nieoficjalnie się przebąkuje, że
przyczyną choroby są szczepionki, a raczej to co z nich w człowieku po
kilkunastu latach pozostaje. Ludzie coraz częściej są faszerowani i sami się
faszerują coraz większą ilością szczepionek ale nic nie pozostaje bez śladu w
naszym organizmie.
Okazuje się, że natura nie lubi
sztuczności i zawsze prędzej czy później znajdzie jakieś wyjście z ewolucyjnego
zastoju serwując ludziom kolejny kataklizm bądź chorobę. Pomimo globalnego
dążenia do bezpieczeństwa za wszelką cenę myślę, że myślenie ma ogromną
przyszłość. Ewolucyjny wyścig wygrają jednostki nieszablonowe, myślące
samodzielnie i pomysłowe, które na przykład nie dadzą się na coś tam zaszczepić
lub nie będą jak wszyscy pić witamin codziennie rano. Ziemia zna już takie
przypadki kiedy cały gatunek przetrwał dzięki kilku niestereotypowym osobnikom.
Dobrym przykładem są żółwie jednej z wysp Pacyfiku, gdzie pewnego lata krótki
pożar strawił całe trawiaste poszycie na lądzie. Żółwie, które przetrwały pożar
miały problem z jedzeniem, którego nie było. Przeżyły tylko osobniki, które
posiadały bardziej niż reszta wygiętą przy głowie skorupę i dzięki temu mogły
jeść zielone liście niskich drzew. Dzisiaj wszystkie żółwie na tej wyspie mają
tak głęboko wygiętą skorupę.
Mój kolega zaszczepił się w tym
roku przeciw grypie i bardzo sobie chwali tą szczepionkę, wygląda bardzo zdrowo
i trudno jest go zmęczyć. Często podciągając nosem lejący się katar zazdroszczę
mu tej nabytej dzięki szczepionce odporności ale tak sobie myślę, że po mimo
wszystko ja się chyba nie zaszczepię.
8.03.2012
4.03.2012
Pakt wojskowy z Rumunią
Pakt wojskowy z Rumunią, którego głównym architektem ze strony polskiej był pułkownik Dzierżykraj-Morawski (swoją drogą bardzo barwna postać XX-lecia międzywojennego) miał swój początek już w 1926 roku. Pakt ten od samego początku był paktem o charakterze obronnym na wypadek agresji Sowietów na jedną ze stron paktu. Zarówno II RP jak i Rumunia miały długą granicę z Sowietami i tak samo obawiały się agresji stale rosnącego w siłę sąsiada. W ramach paktu Polska regularnie przekazywała uzbrojenie, które wychodziło z użycia w Wojsku Polskim (przeważnie sprzęt przestarzały technicznie), który dla Rumunów był ciągle cenny i pozwalał na dozbrojenie dość słabej armii rumuńskiej (o czym potem gruntownie przekonano się na froncie wschodnim pod Stalingradem). Oprócz tego linia kolejowa łącząca oba kraje została rozbudowana do dwóch torów, a z Warszawy do Bukaresztu latał codziennie samolot rejsowy PLL LOT, który miał międzylądowanie we Lwowie. Loty tym samolotem reklamowano hasłem „Śniadanie w Warszawie, obiad we Lwowie, a kolacja w Bukareszcie”. Dobre stosunki z Rumunią pozwalały na bardziej pewne patrzenie na Wschód, ale nie obejmowały one jednak ewentualnej wojny z Niemcami. Rumunii zastrzegli sobie w traktacie, że wszystkie ustalenia nie dotyczą wojny z Niemcami. Pretensje do Rumunii, że nam nie pomogła we wrześniu 1939 są zupełnie bezpodstawne gdyż w ogóle nie była ona do tego zobowiązana. 17 września gdy Sowieci wkroczyli w granice II RP było już „po sprawie”, a wojna była już światowa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)