29.06.2011

Karabin przeciwpancerny wzór 35

Wbrew pozorom, w 1939 roku Wojsko Polskie miało na swoim wyposażeniu lekką i skuteczną broń do zwalczania czołgów. Bronią tą był karabin przeciwpancerny wzór 35 na pociski pełnopłaszczowe zbliżone do zwykłych pocisków kalibru 7,92 milimetra. Pociski te osiągały predkość 1250 m/s (dzięki specjalnemu prochowi i bardzo długiej lufie) co pozwalało na efektywne zwalczanie wszystkich ówczesnych czołgów (zarówno niemieckich jak i radzieckich – grubość pancerza od 15 do 30mm). Pocisk nie przebijał pancerza, lecz rozpłaszczał się na jego powierzchni i wybijał w niem „korek” o średnicy około 2 centymetrów. Do momentu wybuchu wojny wojsko otrzymało ponad 3500 egzemplarzy tej broni. Broń tą okryto tak wielką tajemnicą że bardzo mało osób w ogóle wiedziało o jej istnieniu. Skrzynie z karabinami ppanc wz 35 opatrywano napisami typu: „Nie wolno otwierać – sprzęt mierniczy” albo „Otworzyć tylko na wypadek wojny”. Do momentu wybuchu wojny tylko niewielka ilość żołnierzy została przeszkolona w obsłudze karabinu a kadra oficerska w ogóle nie była przeszkolona w zakresie taktyki stosowania tej broni na polu walki. Efekt był taki, że we wrześniu 1939 roku tylko w nielicznych miejscach karabiny ppanc wz 35 zostały użyte przeciw pancernym siłą niemieckicm. W tych nielicznych przypadkach Niemcy byli całkowicie zaskoczeni i z regóły odparci ponosząc duże straty. Tajność towarzysząca karabinowi ppanc zaprzepaściła możliwość jego szerokiego i skutecznego wykorzystania w trakcie kampanii wrześniowej. Ta lekka broń przeciwpancerna, której obsługę stanowiło dwóch żołnierzy stanowiła cenne uzupełnienie siły ogniowe piechoty i dawała realne szanse na odparcie natarcia pancernego przeciwnika. 

23.06.2011

Mobilizacja

Ręce opadają jak się zaczyna myśleć o tym temacie. Z jednej strony polskie dowództwo zdawało sobie zprawę z nadchodzącej wojny z Niemcami ale z drugiej działało w sposób dość niezdecydowany i opieszały. Ogłoszenie powszechnej mobilizacji równałoby się wypowiedzeniu wojny, więc w celu powołania rezerwistów pod broń uciekano się do mobilizacji zakamuflowanej. Pierwszym krokiem było (od wiosny 1939 roku) powoływanie rezerwistów na różnego rodzaju manewry, którzy już w wojsku zostawali do momentu wybuchu wojny. Drugim krokiem była tak zwana cicha mobilizacja, polegająca na powoływaniu poszczególnych rezerwistów do pod broń w nocy przez cywilnie ubrany patrol, który przychodził do domu powoływanego (w trybie indywidualnych powołań zmobilizowano około 800 tysięcy żołnierzy). Obie metody były dość skuteczne ale miały dwie wady: 1. proces powoływania rezerwistów był dość powolny i długotrwały, 2. w taki sposób można było powołać tylko część rezerwistów bez wywoływania wrażenia powszechnej mobilizacji. Koniec końców ogłoszenie powszechnej mobilizacji było i tak koniecznością. Mobilizację powszechną ogłoszono 30 sierpnia (i tak za późno o dobre 4 dni), ale pod naciskiem sojuszników (na których zawsze możemy liczyć – żart !!!) odwołano ją i ogłoszono ponownie 31 sierpnia, co spowodowało trudny do opanowania (i opisania) chaos oraz bałagan organizacyjny. 1 września oddziały polskie osiągnęły zaledwie 70% gotowości bojowej, gdyż wiele jednostek kompletowanych w trybie mobilizacji powszechnej nie dotarło w ogóle do miejsca zgrupowań (przede wszystkim wobec zmasowanych nalotów Luftwaffe na linie kolejowe i zmiany linii frontu wskutek działań niemieckich jednostek pancernych, i zmotoryzowanych).
Podsumowując - dzięki pierwszorzędnemu spapraniu mobilizacji Wojsko Polskie w dniu 1 września 1939 było pozbawiono około 30% swojej nominalnej siły, a i tak dostępna do walki z nieprzyjacielem „siła” była niejednokrotnie skoncentrowana w zupełnie przypadkowych miejscach. Mając do dyspozycji całe Wosjko Polskie w 100% gotowości bojowej można było znacznie dłużej (i może z sukcesem) stawiać opór najeźdźcy.

P.S.
Gdyby generał Kutrzeba prowadząc swoje wspaniałe kontrnatarcie miał do dyspozycji 30% więcej żołnierzy niż miał w rzeczywistości mógłby wygrać bitwę nad Bzurą i zupełnie zmienić losy wojny !!! 

12.06.2011

Miny, zasieki i partyzanci

Okres międzywojenny w Europie to czas wzmożonych prac nad liniamii umocnień. Państwa Starego Kontynentu usiłowały się odgrodzić od sąsiadów kompleksami betonowych bunkrów i twierdz, aby uniknąć w przyszłości strat na miarę I Wojny Światowej. Wszyscy wiedzą o francuskiej Linii Maginota  wzniesionej wzdłuż granicy z Niemcami (1929 – 1939), a później naprędce rozbudowywanej wzdłuż granicy z Belgią (1939-1940), ale mało kto już pamięta o francuskiej małej Linii Maginota wzniesionej wzdłuż górzystej granicy z Włochami. W tym samym czasie Czesi wybudowali kordon umocnień w Sudetach wzdłuż granicy z Niemcami, Niemcy natomiast wznieśli Wał Pomorski, (który miał ochraniać nawis operacyjny Pomorza przed atakiem z Polski) oraz Międzyrzecki Rejon Umocniony. Belgowie realizowali swoją doktrynę obronną poprzez budowę grupy warownej Eben-Emael.
II RP też usiłowała wznosić linie umocnień hołdujące strategii rodem z I Wojny Światowej ale rozwinięte granice państwa oraz konieczność przygotowania do wojny albo z Niemcami albo z Sowietami nie pozwoliły na rozpoczęcie prac na znaczącą skalę. Zapatrzenie wyższej kadry oficerskiej na „zwycięską Francję” odcisnęło jednak swoje piętno na polskiej obronności. Podobnie jak Francja, Polska nie zaminowała żadnych obszarów przygranicznych (oraz nie wzniosła w kluczowych punktach pół zasiek, potykaczy oraz pułapek typu partyzanckiego)!!! Miny, które są tanim i efektywnym środkiem zwalczania piechoty i czołgów (o czym przekonali się Alianci pod El-Alamein), które się łatwo układa w czasie pokoju i które stanowią bardzo efektywny sposób znacznego spowolnienia postępu natarcia przeciwnika oraz zwiększenia jego strat nie zostały w ogóle wykorzystane w kampanii wrześniowej. Polskie dowództwo w 1939 roku generalnie nie zdecydowało się do przygotowania w jaki kolwiek sposób obszaru przygranicznego do wojny (pola minowe, zasieki, okopy, rowy przeciwczołgowe, pułapki itp.) z uwagi na szkody w zbiorach zboża jakie by to uczyniło. Dla porównania Niemcy w pasie przygranicznym o głębokości 150km przyspieszyli żniwa w 1939 roku.
Można sobie łatwo wyobrazić, że dzięki umiejetnie rozmieszczonym polom minowym, we wrześniu 1939 roku, ofensywa niemiecka przebiegała by znacznie wolniej, a co za tym idzie polska piechota i kawaleria byłaby w stanie wycofać się na czas z zagrożonych okrążeniem pozycji. Natarcie niemieckie było by również okupione większymi stratami w tym szczególnie w wojskach zmechanizowanych.
O sile dobrze zorganizowanej i działającej na znanym sobie terenie patyzantki nie trzeba już dzisiaj przekonywać. Nic nie stało na przeszkodzie aby Wojsko Polskie wystawiło samodzielne oddziały (złożone z ochotników i dobrzez wyposażone w broń lekką) których zadaniem byłoby zostawać na zajętych przez nieprzyjaciela terenach i od razu nękać go atakami na linie zaopatrzenia, magazyny, mosty itp. Przykład majora Hubala który jako dowódca Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego mając pod swoją komendą średnio 70 ludzi (nigdy więcej jak 300) był w stanie przez 8 miesięcy nękać i wiązać nieprzyjaciela staczając z nim liczne zwycięskie potyczki. Do likwidacji tego oddziału Niemcy zaangażowali aż 8000 żołnierzy różnych formacji!!!

4.06.2011

Ruch lewostronny

Od wielu lat jesteśmy świadkami nieustających zmian w kodeksie drogowym. Wszystkie te zmiany uzasadniane są koniecznością zwiększenia bezpieczeństwa na drogach. Na początku przyszła kolej na obowiązkowe zapinanie pasów, następnie kazano nam wozić w samochodach apteczki i gaśnice, potem przyszła kolej na zakaz rozmów przez telefony komórkowe, obowiązkowe sadzanie dzieci na dodatkowych fotelikach, a potem przyszła kolej na ograniczenie prędkości jazdy samochodem w terenie zabudowanym do 50 km/h. Dbałość polskiego ustawodawcy o dobro kierowców i pasażerów pojazdów mechanicznych nie zna wprost granic. Z czasem doczekamy się pewnie przepisów mówiących, że wszystkie samochody muszą być koloru jaskrawo żółtego i do tego jeszcze fosforyzujące w nocy, a w trakcie deszczu, czy opadów śniegu w ogóle nie będzie wolno jeździć. Takie nowe przepisy pewnie by się nie spotkały ze społecznym zrozumieniem ale czego się nie robi dla dobra ogółu użytkowników dróg
Osobiście uważam, że bezpieczeństwo na drogach w o wiele większym stopniu zależy, od jakości tych dróg, niż od tego czy w danym samochodzie wieziemy apteczkę, czy nie. Według mnie o wiele więcej osób ginie na polskich drogach w wypadkach samochodowych spowodowanych przez fakt, że gro ludzi jeździ z powodu powszechnej biedy starymi gruchotami, które w sytuacjach ekstremalnych nie dają kierowcy szans wyjść cało z opresji, niż od faktu czy mają oni w swoim bagażniku gaśnicę, czy nie. Swoją drogą bardzo jestem ciekaw ilu ludzi ginie lub zostaje kalekami na polskich drogach tylko i wyłącznie dlatego, że odpowiednie agencje rządowe od 20 lat nie potrafią zbudować kilku tysięcy kilometrów autostrad.
Żeby nie być posądzonym o krytykanctwo instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo na drogach postanowiłem pomóc ustawodawcy w dbałości o kierowców oraz pasażerów i zgłosić następujący pomysł racjonalizatorski - należy natychmiast zmienić ruch na polskich drogach z prawo na lewostronny !
Kilka lat temu trochę zadziornie zapytałem znajomego Anglika, czemu oni tam w Anglii jeżdżą po lewej, a nie jak reszta Europy po prawej stronie jezdni. Mój brytyjski kolega uraczył mnie pięknym referatem na temat wozów konnych, woźniców siedzących po prawej stronie kozła i trzymanych przez nich w prawej ręce batach tak by nie zahaczyć o siedzącego obok pasażera. Na końcu widząc moje lekkie rozbawienie stwierdził, że cały dowód wyższości jazdy po lewej stronie drogi nad prawą stroną można zawrzeć w trzech punktach:
1.   Miażdżąca większość kierowców jest praworęczna.
2.   Dla bezpieczeństwa na drodze o wiele ważniejsze jest utrzymanie się w swoim pasie ruchu niż zmiana biegu.
3.   W ruchu lewostronnym kierowca prawą ręką trzyma kierownicę, gdy lewą zmienia biegi.
Muszę szczerze przyznać, że cały ten dowód logiczny powalił mnie wtedy na kolana. Prostota rozumowania i jak najbardziej logiczny wniosek, że bezpieczniej jest jeździć po lewej niż po prawej stronie drogi zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Gdyby tak w Polsce zmienić ruch z prawo na lewostronny można by przynajmniej o kilkadziesiąt procent zmniejszyć ilość wypadków. Pomyślmy ile setek tysięcy kierowców codziennie męczy się na polskich drogach trzymając lewą niepewną i mniej sprawną ręką kierownicę, gdy w tym samym czasie prawą silniejszą i bardziej ruchliwą ręką manipuluje przy dźwigni zmiany biegów. Ile można by było zaoszczędzić zjechań do rowu lub na przeciwny pas ruchu z tak zwanych niewiadomych przyczyn Jak wiele niekontrolowanych poślizgów i wyrzuceń z ostrych zakrętów można by co roku uniknąć zmieniając tylko stronę ruchu. Oczywiście na początku po zmianie ruchu z prawo na lewostronny czasowo liczba wypadków by wzrosła, ale jak już nam niejednokrotnie wytłumaczono i udowodniono, każda reforma wymaga na początku ofiar. Myślę, że potencjalne bardzo duże i długotrwałe zwiększenie bezpieczeństwa na polskich drogach usprawiedliwia tą początkową większą ilość wypadków drogowych. Pomysł zmiany strony ruchu na drodze ma tą dodatkową zaletę, że nie wymaga budowy drogich autostrad, czy przemalowywania wszystkich samochodów na żółto, a daje prawie natychmiastowe efekty w zmniejszeniu ilości karamboli drogowych.
Kilka lat temu słuchając mojego angielskiego kolegi rozmarzyłem się wyobrażając sobie Polskę z bezpiecznym ruchem lewostronnym, w której na drogach królowałyby sprowadzone wprost z Wysp Brytyjskich samochody marki Austin, Bentley, Rover i Rolls Royce. Mój sen był piękny, ale jedna myśl nie dawała mi spokoju, czemu w Anglii ciągle zdarzają się wypadki samochodowe skoro stosują bezpieczny lewostronny ruch drogowy. Po chwili jednak wszystko stało się jasne - to pewnie przez to, że nie wożą apteczek, gaśnic, gadają przez telefony komórkowe w czasie jazdy i nie zapinają pasów, a tak w ogóle to mogliby pomyśleć o przemalowaniu samochodów na jakiś odblaskowy kolor.